czwartek, marca 11, 2004
Kilka przeżyć dobrych i pięknych - w moim rozmiarze, czyli na moją miarę skrojonych: lektura "Zdradzonych testamentów" Milana Kundery, koncert Morcheeby na Canal+, słuchanie histerycznej muzyki Radiohead i jeszcze bardziej histerycznej Muse, głośne czytanie "Orfeusza i Eurydyki" Miłosza na lekcji w czwartej humanistycznej, ping-pong w którym Polska przegrała z Białorusią:), jutrzejsze ... na godzinę do Warszawy, a w głośnikach pewnie znowu Muse, i jeszcze parę takich chwil, mam nadzieję...
wtorek, marca 09, 2004
czwartek, marca 04, 2004
jak to ująć w słowa... są takie chwile, kiedy jedynie śmiech pozostaje. więc niech brzmi. Bartek po wyniszczającej (mało powiedziane!) chemii opowiada taką sytuację: jego brat widzi go po dłuższej przerwie i zatacza się ze śmiechu, mówiąc: wyglądasz jak Golum! śmiejemy się, snując wizje zdjęć Bartka na opakowaniach od nutelli. my w maskach, on w trakcie kolacji, a podano właśnie chleb&chleb:)
To jest właśnie piekło: nie móc czytać, nie móc słuchać, nie móc rysować! na sali telewizor i czterech innych umarlaków, bez obrazy. od ponad dwóch miesięcy miesięcy - do kiedy?!
To jest właśnie piekło: nie móc czytać, nie móc słuchać, nie móc rysować! na sali telewizor i czterech innych umarlaków, bez obrazy. od ponad dwóch miesięcy miesięcy - do kiedy?!
piątek, lutego 27, 2004
czwartek, lutego 26, 2004
środa, lutego 25, 2004
wtorek, lutego 24, 2004
No to dzięki!
Refleksje mam jednak dziś dołujące z lekka. Z niepokojem/przerażeniem obserwuję powszechne zdziczenie obyczajów; raczej należę do opytmistów i ludzi wierzących w ludzi, ale czasem w swej wierze głęboko się rozczarowuję. Nie lubię wszelkiego rodzaju generalizacji, ale coraz częściej jednak zaskakuje mnie bezinteresowna niechęć czy też wprost nienawiść do tak samo oddychającego i umierającego człowieka. I niestety sądzę, że za tę pogardę odpowiedzialne są media, które zło uczyniły prawdziwie banalnym (nie nazizm!, tylko "niewinni" dziennikarze/filmowcy!). Może to truizmy, ale czasem truizmy bolą jak nic innego.
Refleksje mam jednak dziś dołujące z lekka. Z niepokojem/przerażeniem obserwuję powszechne zdziczenie obyczajów; raczej należę do opytmistów i ludzi wierzących w ludzi, ale czasem w swej wierze głęboko się rozczarowuję. Nie lubię wszelkiego rodzaju generalizacji, ale coraz częściej jednak zaskakuje mnie bezinteresowna niechęć czy też wprost nienawiść do tak samo oddychającego i umierającego człowieka. I niestety sądzę, że za tę pogardę odpowiedzialne są media, które zło uczyniły prawdziwie banalnym (nie nazizm!, tylko "niewinni" dziennikarze/filmowcy!). Może to truizmy, ale czasem truizmy bolą jak nic innego.
wtorek, lutego 17, 2004
Haiku... Mnie zastanawia kto jest na tyle odważny żeby podejmować się tłumaczenia takiego tekstu. Przecież to jest tylko kilka słów. (uwaga: to *nie* ma być ironia). Chodzi mi o to: te kilka słów jest starannie skomponowane. A z drugiej strony, przy tłumaczeniu nieco zniekształca się oryginał. Więc jeśli lekko zniekształcimy te kilka słów, to można otrzymać coś zupełnie innego.
Takie przemyślenie kiedy już powinienem spać...
Takie przemyślenie kiedy już powinienem spać...
poniedziałek, lutego 16, 2004
Ja wiem, że haiku już jest niemodne. Ale co ma moda do setek lat tradycji formy literackiej, której my, ludzie Zachodu jesteśmy tylko mniej lub bardziej uważnymi uczniami. Więc niech rozbłysną:
Odbite
W oku ważki
Góry
[Issa]
Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
[Kubonta 1881-1924]
W głowie lalki
Wycinki
Z gazet
[Bob Boldman]
Mgła.
Siedzieć tu
Bez gór
[Gary Hotham]
Odbite
W oku ważki
Góry
[Issa]
Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
[Kubonta 1881-1924]
W głowie lalki
Wycinki
Z gazet
[Bob Boldman]
Mgła.
Siedzieć tu
Bez gór
[Gary Hotham]
sobota, lutego 14, 2004
Właśnie wróciłem ze Szklarskiej Poręby (zgroza: słońce pojawiło się, kiedy pakowałem walizy przed powrotną drogą, ale i tak jestem zadowolony: tydzień bez internetu, komórki, okolicznych bagienek interpersonalnych...) Więc wracam i niestety po godzinie od wejścia do domu już włączam komputer, i jestem. Poczta, fora dyskusyjne, parę zaprzyjaźnionych witryn, wpadam w dawny rytm, dobrze to czy źle?
Co do tła: niech będzie, zaraz podejrzę, jak to łubuzie zrobiłeś;)
Do.
Co do tła: niech będzie, zaraz podejrzę, jak to łubuzie zrobiłeś;)
Do.
czwartek, stycznia 29, 2004
niedziela, stycznia 25, 2004
Zastanawiałem się, czy wkleić to tu, czy też tam, gdzie wpadnie pomiędzy inne "intrygujące". Jednak tu, bo śnieg i mróz ostre jak gwiazdy. Co do autora, Stefana Chwina, niech będą głosy podzielone, niektórzy ;) mówią, że nudziarz.
Stefan Chwin, Rozgwieżdżoność
Specjalnością Boga, w którego wierzyłem, były wschody i zachody słońca, ogniste światła nad Zatoką i tęcze, które zapalał nad Katedrą.
Miał Rękę lekką jak japoński malarz, który cieniutkim pędzelkiem maluje na jedwabiu śmiercionośną falę tsunami. Z gołębim wyczuciem leciutkimi pociągnięciami rysował na jasnej emalii powietrza ciemniejszą smugę błękitu, do gasnących barw nad Katedrą dorzucając kilka śladów złota. Potrafiłem rano, gdy wszyscy spali, wyjść do ogrodu mokrego od rosy i polować na zorzę - arcydzieło światła, które od niechcenia namalował nad zamglonymi polami lotniska. Żarłem zorzę jak ciasto z różowym lukrem. Ładowało mnie to na cały dzień.
Ale listopadowe noce bywały straszne. Od strony morza długie wycie syren okrętowych we mgle, szum czarnego deszczu, daleki gwizd lokomotywy. Mokra, brudna ciemność, w której tonął świat, spowijała dom i ogród. Czy i tę straszną ciemność - pytałem siebie - stworzył ten sam Bóg, który malował poranne zorze? Rozgwieżdżone niebo października było zachwycające. Przebudzony w środku nocy, długo patrzyłem na nie przez uchylone okno.
A jednak to zachwycające niebo, na które tak patrzyłem, już po paru chwilach staczało się w dziką monotonię, od której chciało się wyć. Lubiłem Boga od japońskich miniatur zmierzchu, czułego kaligrafa drobnych fal na wodzie stawu w Parku koło Katedry, Boga od jarzębin i białego szronu na astrach. Zorze, które malował nad lotniskiem, były bardzo udane. Ale gwiazdy? Skąd w Bogu - pytałem siebie, patrząc na rojące się za oknem światła Drogi Mlecznej - ten szał rodzenia? Skąd ta nienasycona żarłoczność w produkowaniu tak wielkich przestrzeni Kosmosu i ta furia w produkowaniu tak straszliwej liczby gwiazd? Jakby mogło go nasycić tylko stwarzanie tego potwornego ogromu bez granic. Lecz na co? Lecz po co?
Nie wystarczała Mu architektura jednego liścia? Wznoszenie katedry z trzech gałązek klonu? Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną, czułem, że te czarne ogromy za oknem naruszają miarę dobrego smaku. Zamiast uskrzydlać, przytłaczają. Więc na cóż Mu był właściwie tak potwornie wielki Wszechświat? Przecież ten Wszechświat - dowiedziałem się od Ojca - w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie nadaje się do życia. Jest prawdziwym królestwem śmierci. Żywa materia jest w nim zaledwie miliardowym ułamkiem ułamka. Na cóż więc Bogu ta czarna martwa okropność, i to jeszcze w tak straszliwych rozmiarach?
Moje serce było małe, złe i niespokojne. W obliczu rozgwieżdżonego nieba, które bezgłośnie wybuchało nad moją głową miliardami roziskrzonych galaktyk, czułem się mniejszy od muchy. Miałem kilka lat, drżałem z lęku w ciemnościach pokoju, podciągałem kołdrę pod brodę, więc dlaczego Bóg straszył mnie jeszcze tą potworną rozgwieżdżoną przestrzenią, która otwierała się za oknem - i przytłaczała, i przerażała? Rozumiem - gdybym był dorosłym, pewnie by mi się to należało za moje grzechy. Ale takie rzeczy wyprawiać z dzieckiem?
Patrzyłem w czarne niebo za oknem i nie wiedziałem, czy On tym strasznym widokiem nieskończonej otchłani chce mnie wzmocnić i dlatego hartuje moją duszę zimnym prysznicem nieskończoności, czy raczej chce mnie złamać i zdruzgotać już na wstępie życia, bym się już nigdy nie mógł w sobie umocnić? Uderzeniami czarnego młota pobudzał moją duszę do wzrostu, czy raczej zadawał jej rany, z których nie miała się już nigdy wylizać? Jakaż tam zresztą to i była ta moja paroletnia dusza. To była, ot, duszyczka zaledwie. Można ją było zabić jednym pstryknięciem palca.
Przecież i tak w moim życiu nie brakowało rzeczy strasznych, więc po cóż mnie straszył jeszcze po nocach tym widokiem nieskończonej Rozgwieżdżoności, która wdzierała się przez czarne okno i zatapiała pokój?
Stefan Chwin, Rozgwieżdżoność
Specjalnością Boga, w którego wierzyłem, były wschody i zachody słońca, ogniste światła nad Zatoką i tęcze, które zapalał nad Katedrą.
Miał Rękę lekką jak japoński malarz, który cieniutkim pędzelkiem maluje na jedwabiu śmiercionośną falę tsunami. Z gołębim wyczuciem leciutkimi pociągnięciami rysował na jasnej emalii powietrza ciemniejszą smugę błękitu, do gasnących barw nad Katedrą dorzucając kilka śladów złota. Potrafiłem rano, gdy wszyscy spali, wyjść do ogrodu mokrego od rosy i polować na zorzę - arcydzieło światła, które od niechcenia namalował nad zamglonymi polami lotniska. Żarłem zorzę jak ciasto z różowym lukrem. Ładowało mnie to na cały dzień.
Ale listopadowe noce bywały straszne. Od strony morza długie wycie syren okrętowych we mgle, szum czarnego deszczu, daleki gwizd lokomotywy. Mokra, brudna ciemność, w której tonął świat, spowijała dom i ogród. Czy i tę straszną ciemność - pytałem siebie - stworzył ten sam Bóg, który malował poranne zorze? Rozgwieżdżone niebo października było zachwycające. Przebudzony w środku nocy, długo patrzyłem na nie przez uchylone okno.
A jednak to zachwycające niebo, na które tak patrzyłem, już po paru chwilach staczało się w dziką monotonię, od której chciało się wyć. Lubiłem Boga od japońskich miniatur zmierzchu, czułego kaligrafa drobnych fal na wodzie stawu w Parku koło Katedry, Boga od jarzębin i białego szronu na astrach. Zorze, które malował nad lotniskiem, były bardzo udane. Ale gwiazdy? Skąd w Bogu - pytałem siebie, patrząc na rojące się za oknem światła Drogi Mlecznej - ten szał rodzenia? Skąd ta nienasycona żarłoczność w produkowaniu tak wielkich przestrzeni Kosmosu i ta furia w produkowaniu tak straszliwej liczby gwiazd? Jakby mogło go nasycić tylko stwarzanie tego potwornego ogromu bez granic. Lecz na co? Lecz po co?
Nie wystarczała Mu architektura jednego liścia? Wznoszenie katedry z trzech gałązek klonu? Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną, czułem, że te czarne ogromy za oknem naruszają miarę dobrego smaku. Zamiast uskrzydlać, przytłaczają. Więc na cóż Mu był właściwie tak potwornie wielki Wszechświat? Przecież ten Wszechświat - dowiedziałem się od Ojca - w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie nadaje się do życia. Jest prawdziwym królestwem śmierci. Żywa materia jest w nim zaledwie miliardowym ułamkiem ułamka. Na cóż więc Bogu ta czarna martwa okropność, i to jeszcze w tak straszliwych rozmiarach?
Moje serce było małe, złe i niespokojne. W obliczu rozgwieżdżonego nieba, które bezgłośnie wybuchało nad moją głową miliardami roziskrzonych galaktyk, czułem się mniejszy od muchy. Miałem kilka lat, drżałem z lęku w ciemnościach pokoju, podciągałem kołdrę pod brodę, więc dlaczego Bóg straszył mnie jeszcze tą potworną rozgwieżdżoną przestrzenią, która otwierała się za oknem - i przytłaczała, i przerażała? Rozumiem - gdybym był dorosłym, pewnie by mi się to należało za moje grzechy. Ale takie rzeczy wyprawiać z dzieckiem?
Patrzyłem w czarne niebo za oknem i nie wiedziałem, czy On tym strasznym widokiem nieskończonej otchłani chce mnie wzmocnić i dlatego hartuje moją duszę zimnym prysznicem nieskończoności, czy raczej chce mnie złamać i zdruzgotać już na wstępie życia, bym się już nigdy nie mógł w sobie umocnić? Uderzeniami czarnego młota pobudzał moją duszę do wzrostu, czy raczej zadawał jej rany, z których nie miała się już nigdy wylizać? Jakaż tam zresztą to i była ta moja paroletnia dusza. To była, ot, duszyczka zaledwie. Można ją było zabić jednym pstryknięciem palca.
Przecież i tak w moim życiu nie brakowało rzeczy strasznych, więc po cóż mnie straszył jeszcze po nocach tym widokiem nieskończonej Rozgwieżdżoności, która wdzierała się przez czarne okno i zatapiała pokój?
piątek, stycznia 23, 2004
Ps. Ale żeby nie było zbyt ponuracko, zdradzę Wam w sekrecie, że mam pewne pomysły, jak przynajmniej na kilka dni rozruszać to gmaszysko, korzystając ze zdobywanego właśnie zawodu animatora kultury. Aktualnie opracowuję projekt i sprawdzam mozliwości czasowo - twórcze. Staw, czy mogłabym zjawić się u Ciebie na audiencję, powiedzmy wiosenną porą?
czwartek, stycznia 22, 2004
Ha! Czy było źle? Czy było dobrze? Czy jakoś było?
Zależy, co to znaczy "źle". I z jakiej perspektywy. Z mojej teraźniejszej, która stara się usilnie zachować w pamięci wszystkie barwy pobytu w gmachu przy ul.17 Stycznia, to nie żywię specjalnego sentymentu do tego miejsca. Do ludzi, do niektórych przedmiotów (czyt. polski i łacina), do fermenciku intelektualnego, do rzeczy które robiliśmy poza oficjalnym obiegiem - owszem, wywołuje to duże piknięcie gdzieś w okolicach serca. Co do reszty, niekoniecznie.
Było źle? Raczej kontrastowo. Z jednej strony była (emocjonująca niekiedy) próba znalezienia luki w systemie. Miliony cudnych anegdotek, które teraz przywołuje się przy kombatanckich spotkaniach. Zajęcia z polskiego, m.in. dzięki którym poszłam na takie a nie inne studia i są one dla mnie czystą przyjemnością. Przyjaźnie, lektury, pomysły na wykorzystanie czasu, do momentu kiedy się STĄD wyrwiemy. A z drugiej strony delikatne poczucie ubezwłasnowolnienia szkolnego i tego, że to, co potrzebne, dzieje się w większości obok; walka z wkładanym mi do łba schematem "nauka to wszystko" lub, później "tylko prawo da wam pracę, idźcie na prawo"; dramaty poszczególnych jednostek, nerwice z powodu przeciążenia. Pamiętam dzień, w którym mój wychowawca (chłopaki - to nie był staw) zarządził w klasie stan wojenny, zakazując nam chodzenia do knajp i innych takich demoralizatorskich poczynań - mamy się uczyć! Przemowę zakończył stwierdzeniem " Wy jesteście dzieci "Solidarności", to powinniście to doskonale zrozumieć", na co Stasiek K. siedzący w pierwszej ławce mruknął "Jeżeli jesteśmy dzieci "Solidarności"- no to strajk...". Śmieszne? - jasne, ale nie wtedy, bo w perspektywie były dodatkowe godziny historii, które w IV klasie dobiły do liczby ośmiu plus trzy godziny WOS-u (bo jak się nie wyrabia z programem...). Pamiętam też, jak szkoła umywała ręce w przypadku panny z mojej klasy, która w ciągu roku prawie zaćpała się na amen; mniej więcej w tym czasie ukazał się artykuł w Wyborczej na temat narkotyków w szkołach i Dyrektor Ł. twierdził "Narkotyki? W mojej szkole??? Nigdy!". I inne takie.
Wylewam żale? Już mi to dawno przeszło. Wiem tylko, że czasami można inaczej, że instytucja totalna nie wyklucza słowa "otwartość". Niektórzy z kadry krasiniakowej o tym pamiętali, inni czasami się zapominali, a innym problemy osobiste rzucały się na charakter. I tyle.
Zależy, co to znaczy "źle". I z jakiej perspektywy. Z mojej teraźniejszej, która stara się usilnie zachować w pamięci wszystkie barwy pobytu w gmachu przy ul.17 Stycznia, to nie żywię specjalnego sentymentu do tego miejsca. Do ludzi, do niektórych przedmiotów (czyt. polski i łacina), do fermenciku intelektualnego, do rzeczy które robiliśmy poza oficjalnym obiegiem - owszem, wywołuje to duże piknięcie gdzieś w okolicach serca. Co do reszty, niekoniecznie.
Było źle? Raczej kontrastowo. Z jednej strony była (emocjonująca niekiedy) próba znalezienia luki w systemie. Miliony cudnych anegdotek, które teraz przywołuje się przy kombatanckich spotkaniach. Zajęcia z polskiego, m.in. dzięki którym poszłam na takie a nie inne studia i są one dla mnie czystą przyjemnością. Przyjaźnie, lektury, pomysły na wykorzystanie czasu, do momentu kiedy się STĄD wyrwiemy. A z drugiej strony delikatne poczucie ubezwłasnowolnienia szkolnego i tego, że to, co potrzebne, dzieje się w większości obok; walka z wkładanym mi do łba schematem "nauka to wszystko" lub, później "tylko prawo da wam pracę, idźcie na prawo"; dramaty poszczególnych jednostek, nerwice z powodu przeciążenia. Pamiętam dzień, w którym mój wychowawca (chłopaki - to nie był staw) zarządził w klasie stan wojenny, zakazując nam chodzenia do knajp i innych takich demoralizatorskich poczynań - mamy się uczyć! Przemowę zakończył stwierdzeniem " Wy jesteście dzieci "Solidarności", to powinniście to doskonale zrozumieć", na co Stasiek K. siedzący w pierwszej ławce mruknął "Jeżeli jesteśmy dzieci "Solidarności"- no to strajk...". Śmieszne? - jasne, ale nie wtedy, bo w perspektywie były dodatkowe godziny historii, które w IV klasie dobiły do liczby ośmiu plus trzy godziny WOS-u (bo jak się nie wyrabia z programem...). Pamiętam też, jak szkoła umywała ręce w przypadku panny z mojej klasy, która w ciągu roku prawie zaćpała się na amen; mniej więcej w tym czasie ukazał się artykuł w Wyborczej na temat narkotyków w szkołach i Dyrektor Ł. twierdził "Narkotyki? W mojej szkole??? Nigdy!". I inne takie.
Wylewam żale? Już mi to dawno przeszło. Wiem tylko, że czasami można inaczej, że instytucja totalna nie wyklucza słowa "otwartość". Niektórzy z kadry krasiniakowej o tym pamiętali, inni czasami się zapominali, a innym problemy osobiste rzucały się na charakter. I tyle.
Abnuk: to nie było nie zapowiedziane. Tylko my jeszcze wtedy nie rozumieliśmy tego języka ;)
mgr Łoniewska powiedziała na pierwszych zajęciach: "zapoznajcie się z nowym podziałem administracyjnym kraju". Z dalszej perspektywy jest oczywiste co miała na myśli.
No tak... pierwsza ocena w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Krasińskiego: 1 za podział administracyjny. Ale potem poprawiłem. Na 3 :)
BTW: Abnuk, pierwszego dnia, pierwsza lekcja, to była geografia. Siedzieliśmy wtedy w jednej ławce :)
mgr Łoniewska powiedziała na pierwszych zajęciach: "zapoznajcie się z nowym podziałem administracyjnym kraju". Z dalszej perspektywy jest oczywiste co miała na myśli.
No tak... pierwsza ocena w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Krasińskiego: 1 za podział administracyjny. Ale potem poprawiłem. Na 3 :)
BTW: Abnuk, pierwszego dnia, pierwsza lekcja, to była geografia. Siedzieliśmy wtedy w jednej ławce :)
środa, stycznia 21, 2004
Heh... Rozpocznę małą wstawką nie na temat...
Przeczytałem, nacisnąłem 'napisz' i zacząłem wymyślać jak by tu zacząć: "I don't..."
Co to się porobiło z człowiekiem...
Powracając do (*): Jak dla mnie, to wcale nie było tak źle.
Przyznaję, że nieraz miałem już dosyć tego wszystkiego (klasa mat-fiz z rozszerzonym programem wszystkiego).
Może nie wszystko, czego się nauczyliśmy - lub raczej: czego nas uczono - przydaje się teraz... może nie wszyscy nauczyciele zachowywali się tak jakbyśmy chcieli... ale przecież nie było tak źle!
Ja osobiście miło wspominam liceum. Zwłaszcza że te mniej przyjemne fakty ulatują z pamięci. A uważam, że gdyby działo się coś naprawdę złego, to raczej bym o tym pamiętał, i to główie o tym.
No a tak na marginesie: chyba bym się nie udzielał na forum klasy Imia gdyby krasiniak figurował na mojej czarnej liście ;)
Dobrze jest!
Update: Nacisąłem już 'post' ale jeszcze mi coś przyszło na myśl. Zacytuję sam siebie ;)
Może nie wszystko (...) przydaje się teraz.
I powiem tak: przyznaję się bez bicia, że uleciało mi sporo wiedzy z literatury... I przyznaję, że kiedyś często się zastanawiałem nad sensem uczenia się tego (nie żebym całkowicie negował, raczej "niepokoił" mnie zakres materiału). A teraz, gdy zacząłem zapominać, to jakoś tak się dziwnie czuję. I to wcale nie jest pozytywne odczucie... Trzeba przyznać: brakuje mi tych wiadomości. Nie do jakiegoś tam audio-tele. Po prostu dla samego siebie...
Szkoda że jakoś wcześniej tego nie zauważyłem...
Przeczytałem, nacisnąłem 'napisz' i zacząłem wymyślać jak by tu zacząć: "I don't..."
Co to się porobiło z człowiekiem...
Powracając do (*): Jak dla mnie, to wcale nie było tak źle.
Przyznaję, że nieraz miałem już dosyć tego wszystkiego (klasa mat-fiz z rozszerzonym programem wszystkiego).
Może nie wszystko, czego się nauczyliśmy - lub raczej: czego nas uczono - przydaje się teraz... może nie wszyscy nauczyciele zachowywali się tak jakbyśmy chcieli... ale przecież nie było tak źle!
Ja osobiście miło wspominam liceum. Zwłaszcza że te mniej przyjemne fakty ulatują z pamięci. A uważam, że gdyby działo się coś naprawdę złego, to raczej bym o tym pamiętał, i to główie o tym.
No a tak na marginesie: chyba bym się nie udzielał na forum klasy Imia gdyby krasiniak figurował na mojej czarnej liście ;)
Dobrze jest!
Update: Nacisąłem już 'post' ale jeszcze mi coś przyszło na myśl. Zacytuję sam siebie ;)
Może nie wszystko (...) przydaje się teraz.
I powiem tak: przyznaję się bez bicia, że uleciało mi sporo wiedzy z literatury... I przyznaję, że kiedyś często się zastanawiałem nad sensem uczenia się tego (nie żebym całkowicie negował, raczej "niepokoił" mnie zakres materiału). A teraz, gdy zacząłem zapominać, to jakoś tak się dziwnie czuję. I to wcale nie jest pozytywne odczucie... Trzeba przyznać: brakuje mi tych wiadomości. Nie do jakiegoś tam audio-tele. Po prostu dla samego siebie...
Szkoda że jakoś wcześniej tego nie zauważyłem...
wtorek, stycznia 20, 2004
Ale się porobiło! Nie wiem nawet, czy mogę używać tu nazwy "wirtualny krasiniak", bo ten drugi człon podobno działa jak płachta na byka. Krasiniak=mobbing, Sodoma i Gomora, anus mundi i takie inne, jeszcze gorsze, które moje wrażliwe ucho polonisty odrzuca. Powiedzcie mi, czy naprawdę jest (było) tak źle? Pamiętajcie, że ja także inkryminowaną szkółkę kończyłem, więc mam swoje zdanie. I nie wiem tylko, kto się zmienił: sztubacy czy belferstwo, wnętrze czy okolica? Wiem także, bo pamiętam (takie typy jak ja mają dobrą pamięć!), że na szkołę łatwo psioczyć, łatwo narzekać, bo to wygodniej i modniej, a opamiętanie jednych trafia przed trzydziestką, innych po pięćdziesiątce. Więc do klawiatur, maładcy!
środa, stycznia 07, 2004
W eseju Camus jest powiedziane, że Syzyf schodząc odnajduje jakąś paradoksalną radość. Więc może rzeczywiście świadomie puszcza kamień? Może to jest właśnie jego bunt i zwycięstwo nad okrutnym losem, na jaki skazali go bogowie? Interpretacja chyba niesprzeczna z myślą Camus, aczkolwiek radykalniejsza.
wtorek, stycznia 06, 2004
Przerwa świąteczna :P
Hmm... przyznam się że ostatnio przerzuciłem się na forum klasy Imia :)
Co by tu ciekawego napisać... O!
Dziś na filozofii egzystencjalnej kumpel rzucił tezę (a ja już nie pamiętam tego tekstu) że w tym opowiadanku o Syzyfie Camus próbuje między wierszami zasugerować, że Syzyf sam puszcza ten kamień. Argumentował to tym, że im bliżej Syzyf jest od szczytu góry tym mniej jest radosny...
Jak to było w tekście?
Hmm... przyznam się że ostatnio przerzuciłem się na forum klasy Imia :)
Co by tu ciekawego napisać... O!
Dziś na filozofii egzystencjalnej kumpel rzucił tezę (a ja już nie pamiętam tego tekstu) że w tym opowiadanku o Syzyfie Camus próbuje między wierszami zasugerować, że Syzyf sam puszcza ten kamień. Argumentował to tym, że im bliżej Syzyf jest od szczytu góry tym mniej jest radosny...
Jak to było w tekście?
poniedziałek, stycznia 05, 2004
środa, grudnia 24, 2003
wtorek, grudnia 23, 2003
poniedziałek, grudnia 22, 2003
Karpie rżniecie, rozumiem:)
Oglądałem "Pod osłoną nieba" Bertolucciego. Fabuła filmu rozwija się na dwa tempa, pierwsza część jest "zachodnia", druga "wschodnia", arabska, pustynna. Wszystko to mi pachnie "Dżumą" i "Obcym"; i jeszcze ten Reżyser na końcu, mówiący do bohaterki, która właśnie cudem wróciła z pustyni: "Pani się zgubiła" [i nie dotyczy to jej zgubienia się na pustyni. lecz wszystkiego innego]. A pustynia w tych obrazach nęci innym, nieprzeniknionym sposobem istnienia oraz odmienną zmysłową urodą życia. I muchy, wszechobecne, paskudne muchy. Trzeba chyba pojechać do Algierii, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam są.
Oglądałem "Pod osłoną nieba" Bertolucciego. Fabuła filmu rozwija się na dwa tempa, pierwsza część jest "zachodnia", druga "wschodnia", arabska, pustynna. Wszystko to mi pachnie "Dżumą" i "Obcym"; i jeszcze ten Reżyser na końcu, mówiący do bohaterki, która właśnie cudem wróciła z pustyni: "Pani się zgubiła" [i nie dotyczy to jej zgubienia się na pustyni. lecz wszystkiego innego]. A pustynia w tych obrazach nęci innym, nieprzeniknionym sposobem istnienia oraz odmienną zmysłową urodą życia. I muchy, wszechobecne, paskudne muchy. Trzeba chyba pojechać do Algierii, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam są.
piątek, grudnia 19, 2003
W ciszy się szuka, czasem coś się znajduje: taki oto kwiatek, zdradzający moje inklinacje do poezji rymowanej a la ksiądz Baka:
DARIUSZ SUSKA
Uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
nocnych samochodów, zdać się na istnienie
żółtych latarń, które (tu, na końcu miasta)
rozpraszają ciemność, słyszeć jak narasta
praca czasu, silniejsza niż warkot silników
(jadą, jadą z puszczy, mija weekend), przykuć
wzrok do stadka wirujących muszek
pod nagą żarówką, przy pierwszym z poruszeń
burzowego wiatru pomyśleć: nie może
tak wszystko się kończyć, niżej na podłodze
zobaczyć chrabąszcza, podnieść go przez papier
i zawlec do muszli, spuścić wodę, raptem
złapać się na myśli, nawet na pewności
(zgniło a żyć będzie, jeszcze wleci w gości)
[z tomu Wszyscy nasi drodzy zakopani]
DARIUSZ SUSKA
Uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
nocnych samochodów, zdać się na istnienie
żółtych latarń, które (tu, na końcu miasta)
rozpraszają ciemność, słyszeć jak narasta
praca czasu, silniejsza niż warkot silników
(jadą, jadą z puszczy, mija weekend), przykuć
wzrok do stadka wirujących muszek
pod nagą żarówką, przy pierwszym z poruszeń
burzowego wiatru pomyśleć: nie może
tak wszystko się kończyć, niżej na podłodze
zobaczyć chrabąszcza, podnieść go przez papier
i zawlec do muszli, spuścić wodę, raptem
złapać się na myśli, nawet na pewności
(zgniło a żyć będzie, jeszcze wleci w gości)
[z tomu Wszyscy nasi drodzy zakopani]
poniedziałek, grudnia 08, 2003
Doświadczyłem czegoś podobnego na Litwie, w mniejszym rzecz jasna stężeniu, bo szukałem tam raczej Mickiewicza, Słowackiego, Miłosza, ale przez nich, a także spoza nich osobność tej krainy do mnie trafiła. Bo przecież szła ona choćby z podróży litewskim odpowiednikiem PKS-u, późną jesienią, z babulami zakutanymi w chusty i facetami w postsowieckich skórzanych kurtkach, na dokładkę dwoje Polaków, do tego Angol i jakiś południowiec, może Hiszpan, wszyscy wleczemy się trupem nie z Polski rodem, ale z Polski przywiezionym, bo jeszcze ma naklejki jakiegoś naszego przewoźnika, więc wszyscy jedziemy, a cel nasz Troki. A tam oprócz tego, co już było, osiedle karaimskie z domkami jak z bajki i zamek na wyspie, a wody wokół skute lodem. Muzeum na zamku pogańskie i litewskie, ale i polonica okazałe - nie byłoby tego zamku, gdyby nie polscy archeologowie i inżynierowie z międzywojnia. Wszystko to tam się miesza, rzecz jasna nie bez napięć, ale to właśnie pociąga i fascynuje: różnica.
Na koniec pasuje tu jak ulał wypowiedź Stanisława Vincenza
z roku 1948 pt. , fragment rozprawy
O możliwościach rozpowszechniania literatury i kultury polskiej :
[...] o ile nie zrezygnujemy całkowicie z naszej odrębności kulturalnej i w ogóle z różnicowania i nie poddamy się bezradnie falom niwelacji, nie możemy zrezygnować także z wymiany kulturalnej. Można przecie zmienić narodowość, ale rezygnować z różnicowania to rezygnować z Europy, ze wszystkich tradycji i z dążeń duchowych.
Pamiętajmy, że stosunki między społeczeństwami cywilizowanymi tworzą się i utrzymują nie tylko za pomocą przejściowych aliansów politycznych, opierają się nie tylko na przejściowych sympatiach szerszych wartsw, które nie dają temu świadomego wyrazu, ale przede wszystkim na zbliżaniu się jednostek i grup świadomych, tworzących i utrzymujących kulturę, i przez wymianę trwałych dzieł i przejawów kultury. [...]
Na koniec pasuje tu jak ulał wypowiedź Stanisława Vincenza
z roku 1948 pt. , fragment rozprawy
O możliwościach rozpowszechniania literatury i kultury polskiej :
[...] o ile nie zrezygnujemy całkowicie z naszej odrębności kulturalnej i w ogóle z różnicowania i nie poddamy się bezradnie falom niwelacji, nie możemy zrezygnować także z wymiany kulturalnej. Można przecie zmienić narodowość, ale rezygnować z różnicowania to rezygnować z Europy, ze wszystkich tradycji i z dążeń duchowych.
Pamiętajmy, że stosunki między społeczeństwami cywilizowanymi tworzą się i utrzymują nie tylko za pomocą przejściowych aliansów politycznych, opierają się nie tylko na przejściowych sympatiach szerszych wartsw, które nie dają temu świadomego wyrazu, ale przede wszystkim na zbliżaniu się jednostek i grup świadomych, tworzących i utrzymujących kulturę, i przez wymianę trwałych dzieł i przejawów kultury. [...]
Opowiem Wam historyjkę. Trochę jest długa, nie wiem, czy blog to wytrzyma:-)
Niedzielny poranek, stacja Hajnówka, koniec świata. Dalej jest tylko droga na Białowieżę, puszcza i granica białoruska, której nielegalne przekroczenie dyskutowaliśmy gorąco w pociągu (ale jak tu wytłumaczyć Łukaszence, że my nie chcemy azylu, chcemy tylko syroków, paluszków krabowych, wódki, gruzińskiego wina, pieśni i zachodu słońca nad Świtezią???). Nie wiedząc czemu na mapie regionu niektóre miejscowości zaznaczone są krzyżykiem. Legendy brak. Ponieważ założenie wycieczki (zwanej oficjalnie wypadem służbowym) jest takie, że wybieramy jakąś miejscowość na chybił trafił, dyktafony w dłoń i bez wywiadu o magii ludowej nie wracać, zaintrygowani wybieramy oczywiście wioskę z krzyżykiem o nazwie Narewka, ładujemy się w PKS i ruszamy w dal. My – to znaczy Asia, Jerzy i ja czyli tzw. grupa ekspercka, bo dla reszty wyprawy (a jednocześnie uczestników zajęć Etnograf w terenie) będą to pierwsze wywiady etnograficzne w życiu.
Zimno. Śmiejąc się przypominamy sobie ubiegłą zimę, kiedy przechodziliśmy chrzest bojowy na Białorusi; –25 st. w dzień, katar w nosie zamarza, a babuleńka na rynku w Świrze oferuje skarpety „z sobaki” za jedyne 3 tysiące rubli (6 złotych). Drogi niby odśnieżone, ale cały krajobraz przypomina raczej początek stycznia, niż ten początek grudnia, który rano zostawiliśmy w Warszawie – ślisko, zaspy, pola pokryte płaszczem bieli aż po horyzont. Wybieramy pierwszą chałupę – po obejściu kręci się jakiś etnograficznie perspektywiczny dziadek w kufajce. „ Jakub Wędrowycz we własnej osobie” – myślę, gdy podchodzi do furtki, po czym spostrzegam w jego ręku siekierę i zaczynam myśleć tylko o tym, jak powstrzymać nagłą chęć ucieczki. Przedstawiamy się, mówimy, że chcielibyśmy porozmawiać, dziadek twierdzi, że jest stary i nic nie wie i odwraca się plecami. „Ładny początek” – mruczy pod nosem Jerzy.
Chodzimy po Narewce, pukając od chaty do chaty. Chaty są stare, drewniane, zwykle pomalowane na żółto, ale w większości wymieniono okna na plastikowe, a na dachach widać talerze satelitarne. W jednej z nich, na końcu wioski, wita nas starsze małżeństwo i od razu proponuje wejście do środka i szklankę czaju. Oboje mówią po białorusku, ale kiedy on dowiaduje się, że my studenty z Warszawy, stwierdza, że nie będzie mówił po naszemu, a po oficjalnemu. Siedzimy w chacie dwie godziny, dziadek jednak mimowolnie przechodzi na białoruski. Wypytujemy o szeptunów okolicznych, o zamowy, o magię. Szeptun, szeptucha – to ktoś w rodzaju magicznego znachora, osoba obdarzona mocą i wiedzą, dzięki której może zamawiać choroby – czyli magiczno – religijnymi formułami leczyć ludzi i zwierzęta. Z perspektywy opowiadania o tym w Warszawie można sobie myśleć o tym jako o swoistym placebo podawanym ludziom. Z perspektywy siedzenia w chacie w Narewce wszelkie sądy są nieistotne. Oni wierzą. A ja wiem, że trzeciego dnia w terenie łatwo przechodzi się na druga stronę i pójście po zmroku do miejscowej czarownicy, która umie rzucać złe uroki, nie jest takie proste.
I tak sobie gaworzymy beztrosko. Nasi rozmówcy są starzy i schorowani, ale wyczuwa się w nich niezmąconą pogodę ducha. Rozmowa etnograficzna zbacza na tematy czysto ludzkie. Wychodzimy z poczuciem dobrej rozmowy i nie jest ważne, że nie przerobiliśmy całego kwestionariusza. Kolejna chata, kolejne małżeństwo – on ma 89 lat, ona 87. On – przygłuchy, nie rozumie, o co nam chodzi, więc wygłasza długi monolog o tym , że powinniśmy iść do swoich, bo katolikom ksiądz nie pozwala się bratać z prawosławnymi a oni granicą oddzieleni od swoich. Ona krzyczy na niego, żeby głupstw nie mówił. Po krótkiej wymianie zdań wyrzucają nas z chaty z tekstem „pamiętajcie, starych ludzi nie mordujcie”. Uznajemy to za puentę wyjazdu i kierujemy się w stronę przystanku, po drodze zakupując piwo na ukojenie etnograficznej depresji. Idziemy ze spuszczonymi głowami przez wioskę na końcu świata, a ja myślę sobie o tym , co poprzedni rozmówcy opowiadali mi o swoich pielgrzymkach na świętą górę Grabarkę, górę krzyży. I że całkiem niedaleko siedemdziesiąt lat temu prorok Ilja budował miasto – centrum świata, Wierszalin, raj na ziemi. Tu jest mimo wszystko raj – raj z całą ludzką ufnością i nieufnością, raj z cerkwią po jednej stronie i kościołem po drugiej. I staje mi przed oczami obrazek dowodzący, że mimo wszystko ten ostatni dziadek nie miał racji. Obrazek wygląda następująco – zima dwa lata temu, początek stycznia, poranny autobus PKS relacji Sejny – Suwałki. Wracam półprzytomna z Ośrodka Pogranicze (cała noc oglądałam filmy w Białej Synagodze w Sejnach) i nagle słyszę śpiew dobiegający gdzieś z końca autobusu. Próbuję rozpoznać słowa i uświadamiam sobie, że dzisiaj jest prawosławne Boże Narodzenie, bo słyszę Boh rodziłsja. Za chwilę z lewej strony dobiega Swentis Naktis – to śpiewają Litwini. I nagle sama śpiewam Gdy się Chrystus. Autobus toczył się zaśnieżonymi drogami, ludzie pozdrawiają się nawzajem – Szczasliwa, Is Dievos, z Bogiem. Nie miał racji. Depresja etnograficzna mija, pokora i szacunek zostają.
Wracamy do Hajnówki. Jerzy sprawdza dyktafon i nagle wyłącza nagranie, mówiąc, że nie będzie mógł przepisywać tej rozmowy. Wiemy dlaczego – ona wciąż jest w nas, zbyt żywa. Asia chce zostać, zrobić jeszcze kilka wywiadów, przy czym świetnie wie, że to nie chodzi o zrobienie kwestionariusza do końca. Śmiejemy się, że ów krzyżyk na mapie oznacza „skreślona przez etnografów”. Reszta ekipy wraca z terenu zziębnięta i zachwycona; pytają, kiedy znowu pojedziemy. Zuza, nasza szefowa, uśmiecha się wyrozumiale i szepcze do mnie konfidencjonalnie „zobacz, jak się wkręcili”. I faktycznie, wychodząc z dworca Warszawa - Śródmieście, na widok jakiegoś dziadka mijanego na schodach jedna z panien, która bała się tego wyjazdu, zastanawia się głośno: „Hmmm...nie dałoby się z nim zrobić jakiegoś wywiadu?”
Koniec świata, centrum świata. Nie trzeba daleko jechać.
Niedzielny poranek, stacja Hajnówka, koniec świata. Dalej jest tylko droga na Białowieżę, puszcza i granica białoruska, której nielegalne przekroczenie dyskutowaliśmy gorąco w pociągu (ale jak tu wytłumaczyć Łukaszence, że my nie chcemy azylu, chcemy tylko syroków, paluszków krabowych, wódki, gruzińskiego wina, pieśni i zachodu słońca nad Świtezią???). Nie wiedząc czemu na mapie regionu niektóre miejscowości zaznaczone są krzyżykiem. Legendy brak. Ponieważ założenie wycieczki (zwanej oficjalnie wypadem służbowym) jest takie, że wybieramy jakąś miejscowość na chybił trafił, dyktafony w dłoń i bez wywiadu o magii ludowej nie wracać, zaintrygowani wybieramy oczywiście wioskę z krzyżykiem o nazwie Narewka, ładujemy się w PKS i ruszamy w dal. My – to znaczy Asia, Jerzy i ja czyli tzw. grupa ekspercka, bo dla reszty wyprawy (a jednocześnie uczestników zajęć Etnograf w terenie) będą to pierwsze wywiady etnograficzne w życiu.
Zimno. Śmiejąc się przypominamy sobie ubiegłą zimę, kiedy przechodziliśmy chrzest bojowy na Białorusi; –25 st. w dzień, katar w nosie zamarza, a babuleńka na rynku w Świrze oferuje skarpety „z sobaki” za jedyne 3 tysiące rubli (6 złotych). Drogi niby odśnieżone, ale cały krajobraz przypomina raczej początek stycznia, niż ten początek grudnia, który rano zostawiliśmy w Warszawie – ślisko, zaspy, pola pokryte płaszczem bieli aż po horyzont. Wybieramy pierwszą chałupę – po obejściu kręci się jakiś etnograficznie perspektywiczny dziadek w kufajce. „ Jakub Wędrowycz we własnej osobie” – myślę, gdy podchodzi do furtki, po czym spostrzegam w jego ręku siekierę i zaczynam myśleć tylko o tym, jak powstrzymać nagłą chęć ucieczki. Przedstawiamy się, mówimy, że chcielibyśmy porozmawiać, dziadek twierdzi, że jest stary i nic nie wie i odwraca się plecami. „Ładny początek” – mruczy pod nosem Jerzy.
Chodzimy po Narewce, pukając od chaty do chaty. Chaty są stare, drewniane, zwykle pomalowane na żółto, ale w większości wymieniono okna na plastikowe, a na dachach widać talerze satelitarne. W jednej z nich, na końcu wioski, wita nas starsze małżeństwo i od razu proponuje wejście do środka i szklankę czaju. Oboje mówią po białorusku, ale kiedy on dowiaduje się, że my studenty z Warszawy, stwierdza, że nie będzie mówił po naszemu, a po oficjalnemu. Siedzimy w chacie dwie godziny, dziadek jednak mimowolnie przechodzi na białoruski. Wypytujemy o szeptunów okolicznych, o zamowy, o magię. Szeptun, szeptucha – to ktoś w rodzaju magicznego znachora, osoba obdarzona mocą i wiedzą, dzięki której może zamawiać choroby – czyli magiczno – religijnymi formułami leczyć ludzi i zwierzęta. Z perspektywy opowiadania o tym w Warszawie można sobie myśleć o tym jako o swoistym placebo podawanym ludziom. Z perspektywy siedzenia w chacie w Narewce wszelkie sądy są nieistotne. Oni wierzą. A ja wiem, że trzeciego dnia w terenie łatwo przechodzi się na druga stronę i pójście po zmroku do miejscowej czarownicy, która umie rzucać złe uroki, nie jest takie proste.
I tak sobie gaworzymy beztrosko. Nasi rozmówcy są starzy i schorowani, ale wyczuwa się w nich niezmąconą pogodę ducha. Rozmowa etnograficzna zbacza na tematy czysto ludzkie. Wychodzimy z poczuciem dobrej rozmowy i nie jest ważne, że nie przerobiliśmy całego kwestionariusza. Kolejna chata, kolejne małżeństwo – on ma 89 lat, ona 87. On – przygłuchy, nie rozumie, o co nam chodzi, więc wygłasza długi monolog o tym , że powinniśmy iść do swoich, bo katolikom ksiądz nie pozwala się bratać z prawosławnymi a oni granicą oddzieleni od swoich. Ona krzyczy na niego, żeby głupstw nie mówił. Po krótkiej wymianie zdań wyrzucają nas z chaty z tekstem „pamiętajcie, starych ludzi nie mordujcie”. Uznajemy to za puentę wyjazdu i kierujemy się w stronę przystanku, po drodze zakupując piwo na ukojenie etnograficznej depresji. Idziemy ze spuszczonymi głowami przez wioskę na końcu świata, a ja myślę sobie o tym , co poprzedni rozmówcy opowiadali mi o swoich pielgrzymkach na świętą górę Grabarkę, górę krzyży. I że całkiem niedaleko siedemdziesiąt lat temu prorok Ilja budował miasto – centrum świata, Wierszalin, raj na ziemi. Tu jest mimo wszystko raj – raj z całą ludzką ufnością i nieufnością, raj z cerkwią po jednej stronie i kościołem po drugiej. I staje mi przed oczami obrazek dowodzący, że mimo wszystko ten ostatni dziadek nie miał racji. Obrazek wygląda następująco – zima dwa lata temu, początek stycznia, poranny autobus PKS relacji Sejny – Suwałki. Wracam półprzytomna z Ośrodka Pogranicze (cała noc oglądałam filmy w Białej Synagodze w Sejnach) i nagle słyszę śpiew dobiegający gdzieś z końca autobusu. Próbuję rozpoznać słowa i uświadamiam sobie, że dzisiaj jest prawosławne Boże Narodzenie, bo słyszę Boh rodziłsja. Za chwilę z lewej strony dobiega Swentis Naktis – to śpiewają Litwini. I nagle sama śpiewam Gdy się Chrystus. Autobus toczył się zaśnieżonymi drogami, ludzie pozdrawiają się nawzajem – Szczasliwa, Is Dievos, z Bogiem. Nie miał racji. Depresja etnograficzna mija, pokora i szacunek zostają.
Wracamy do Hajnówki. Jerzy sprawdza dyktafon i nagle wyłącza nagranie, mówiąc, że nie będzie mógł przepisywać tej rozmowy. Wiemy dlaczego – ona wciąż jest w nas, zbyt żywa. Asia chce zostać, zrobić jeszcze kilka wywiadów, przy czym świetnie wie, że to nie chodzi o zrobienie kwestionariusza do końca. Śmiejemy się, że ów krzyżyk na mapie oznacza „skreślona przez etnografów”. Reszta ekipy wraca z terenu zziębnięta i zachwycona; pytają, kiedy znowu pojedziemy. Zuza, nasza szefowa, uśmiecha się wyrozumiale i szepcze do mnie konfidencjonalnie „zobacz, jak się wkręcili”. I faktycznie, wychodząc z dworca Warszawa - Śródmieście, na widok jakiegoś dziadka mijanego na schodach jedna z panien, która bała się tego wyjazdu, zastanawia się głośno: „Hmmm...nie dałoby się z nim zrobić jakiegoś wywiadu?”
Koniec świata, centrum świata. Nie trzeba daleko jechać.
piątek, grudnia 05, 2003
Przepraszam, to co w tle, to chata jakaś ma być? Mnie się wydaje, że to raczej wariacje na temat drutów obozowych. W pierwszym momencie pomyślałam , że nieświadomie wlazłam na jakąś stronę o Holocauście, albo że przez takie obrazki ściga mnie wirtualnie moja promotorka, bo wciąż jej nie oddałam drugiego rozdziału pracy mag.(teoretycznie traktującego o cudzoziemcach w getcie warszawskim).
Dobra, żeby nie było, że strasznie wrzeszczę, zapytam sobie na koniec (refleksyjnie) - czy aż tak nastrojowo jest tej jesieni, Panowie?
Dobra, żeby nie było, że strasznie wrzeszczę, zapytam sobie na koniec (refleksyjnie) - czy aż tak nastrojowo jest tej jesieni, Panowie?
niedziela, listopada 30, 2003
Mariusz Wilk z północy Rosji otumanionej wódą przesłanie daje jasne i do myślenia skłaniające wszystkich poza eurokratami:
"Bo dla mnie wszystkie religie, okrom tych, które nawołują do walki z innowiercami, są jednako bliskie: od szamanizmu Saamów do milczącej reguły Thomasa Mertona. W religii (jak i w sztuce) podziwiam wzlot ludzkiego ducha, czy to będzie bizantyjska ikona, czy lamajska thanka, cerkiew Przemienienia Pańskiego na Kiży czy katedra Notre Dame w Paryżu, wiersze Chuang Tzu, psalmy Dawida czy "Tryptyk rzymski" rzymskiego papieża. Jeśli bowiem odrzucimy sacrum, jak to próbowali zrobić bolszewicy, to pozostanie nam wóda i brednia, wystarczy spojrzeć dokoła. Dlatego zanim w turystykę zaczniemy się tu bawić jak Jura Naumow albo plenery dla artystów tworzyć jak Galina Skworcowa, nie mówiąc o dobywaniu uranu, o czym marzy Deribaska, najpierw należy przywrócić tutejszemu pejzażowi jego sakralny wymiar. Duchem tu się zakorzenić. Myślę...
-... to niebezpieczne - wtrącił ojciec Nikołaj - lepiej się pomodlić, w czasowni wszystko gotowe".
Czasownia to tyle, co kaplica. A w znaczenia o ileż bogatsza...
"Bo dla mnie wszystkie religie, okrom tych, które nawołują do walki z innowiercami, są jednako bliskie: od szamanizmu Saamów do milczącej reguły Thomasa Mertona. W religii (jak i w sztuce) podziwiam wzlot ludzkiego ducha, czy to będzie bizantyjska ikona, czy lamajska thanka, cerkiew Przemienienia Pańskiego na Kiży czy katedra Notre Dame w Paryżu, wiersze Chuang Tzu, psalmy Dawida czy "Tryptyk rzymski" rzymskiego papieża. Jeśli bowiem odrzucimy sacrum, jak to próbowali zrobić bolszewicy, to pozostanie nam wóda i brednia, wystarczy spojrzeć dokoła. Dlatego zanim w turystykę zaczniemy się tu bawić jak Jura Naumow albo plenery dla artystów tworzyć jak Galina Skworcowa, nie mówiąc o dobywaniu uranu, o czym marzy Deribaska, najpierw należy przywrócić tutejszemu pejzażowi jego sakralny wymiar. Duchem tu się zakorzenić. Myślę...
-... to niebezpieczne - wtrącił ojciec Nikołaj - lepiej się pomodlić, w czasowni wszystko gotowe".
Czasownia to tyle, co kaplica. A w znaczenia o ileż bogatsza...
Wszystkie poranki świata mijają bezpowrotnie. "Wszystkie poranki świata" - ten film, widziany już lat temu naście, zrobił na mnie znowu wielkie wrażenie. Muzyka Sainte-Colombe'a i Marin- Marais, jak zresztą wynika z jednego z dialogów, przywołuje zmarłych. I trwa, granicząc z nicością. Tak jak malarstwo barokowe.
sobota, listopada 29, 2003
Może być? Jak będziecie mieć chwilę czasu, to zróbcie jakieś czary-mary z linkami (np z "napisz"), bo ja nie umiem. Mam już kopię tego, co jest, więc jak się sypnie znowu, to bez tragedii. Wersja obecna jest może trochę surowsza, ale liczy się przede wszystkim TREŚĆ. Maciek, jeśli masz kopię poprzednie wersji, to wprowadź poprawki, ale i bez nich chyba może być. Chyba że chcesz powygładzać to i owo.
Abnuk, więc co, kolacyjka o trzeciej nad ranem?:)
Abnuk, więc co, kolacyjka o trzeciej nad ranem?:)
Ja wczoraj miałem w nocy wielki zalew - tak to określił mój syn. Zbieraliśmy wodę, nagle obudzeni, do trzeciej nad ranem. Dziś padł blog, do którego ja i paru moich dobrych znajomych jakoś się przywiązaliśmy. Nie chcę być złym prorokiem, ale ten rok, z mojego subiektywnego punktu widzenia, nie wygląda najlepiej. Już parę osób mi powiedziało: ten rok musi się się skończyć. No dobrze, tylko jak?
środa, listopada 26, 2003
czerski zmienił image (proszę to wymawiać tak, jak w ojczyźnie Dantona!). Dopiero teraz zauważyłem, zapóźniam się w necie, jak wszyscy chyba. My pozostaniemy konserwatywni (?), bo coś musi trwać, aby zmieniać mogło się coś. Chyba że adminom zachce się inaczej. To się właśnie nazywa wolność.
Żona moja była w Krakowie i powiedziała, że tam mgła straszna. Obawiamy się, że mecz z drwalami z Norwegii może się nie odbyć. A mój syn ma już koszulkę Macieja Żurawskiego. Pomóż, droga redakcjo:)
Żona moja była w Krakowie i powiedziała, że tam mgła straszna. Obawiamy się, że mecz z drwalami z Norwegii może się nie odbyć. A mój syn ma już koszulkę Macieja Żurawskiego. Pomóż, droga redakcjo:)
wtorek, listopada 25, 2003
Potrzeba poezji skrojonej na ludzką miarę. Nasz dystans do wieszczów (przy całym szacunku, Panowie, kapelusze z głów!) wynika z poszukiwań wspólnoty doświadczeń. Jeśli wadzenie się z Bogiem, to tu i teraz: dom po lasem, polana, nasyp kolejowy, osiedle, tramwaj, autobus, rynek, znów spacer gdzieś na przedmieściach, chaszcze i chaos... I oto mamy poetę! Jego dykcja wypływa z bliskich mi rejestrów: z Schulza i Leśmiana, a ponadto z Paska, Baki, może nawet z Reja. Sarmatyzm? A jakże! I czujemy, że choć w pustce, jednak nie jesteśmy sami. I jeszcze mitologia dzieciństwa, Włóczykij z kapeluszem i plecakiem, odwiedzający Dolinę.
Już nie ględzę, czytajcie:
Jarosław Marek Rymkiewicz
Stary kapelusz, plecak, wiatr, nocny wędrowiec
[...] und ich gäbe mein bißchen Haus
und Glück und Behagen gern für einen
alten Hut und Ranzen, um noch einmal
die Welt zu grüßen und mein Heimweh
über Wasser und Land zu tragen
Hermann Hesse, Bodensee. Im Philisterland (1904)
Stary kapelusz plecak wiatr i wędrowanie
Może tędy do Boga ktoś z nas się dostanie
Tędy przez krzaki jeżyn podmiejskie śmietniska
Jeśli Bóg tutaj chodzi to nas widzi z bliska
Tędy obok kolejki w chwastach po nasypie
Tam gdzie spóźniona jesień czarne liście sypie
Czy widzisz – przy mnie idą koty jeż półżywy
Sucha jabłoń klon ścięty złamane pokrzywy
Dwie kawki pogubione klon ścięty za młodu
I jeszcze coś co żyło w ciemnościach ogrodu
Z kotów Żółtek umarły oraz Psotka żywa
I Figiel ten co Żółtka żałośnie przyzywa
Tam na prawo mieszkają Małgosia i Ania
Bóg gdzieś jest ale wielka chmura go zasłania
Idą także migdałek trzy brzózki schorzałe
Stara sosna i wrzosy choć to dzieci małe
Kwacze Żółtek i Figiel bo głos mają kaczy
Biegną przodem kto pierwszy z nich Boga zobaczy
Przez wiadukt i na lewo przy dziurawym płocie
Suchy jaśmin sosenki jedno widmo kocie
Idę z nimi coś sobie nucę z Zaratustry
Chmury wiszą na niebie jak skrwawione chusty
Nie wiemy czy Bóg blisko czy daleko mieszka
I gdzie – czy to do Boga prowadzi ta ścieżka
Przez jesień mego życia idziemy pomału
To co z życia zostanie będzie do podziału
To co niosę na rękach to jest kocię młode
Mała gwiazdka nam wróży przyjemną pogodę
styczeń 2000
Już nie ględzę, czytajcie:
Jarosław Marek Rymkiewicz
Stary kapelusz, plecak, wiatr, nocny wędrowiec
[...] und ich gäbe mein bißchen Haus
und Glück und Behagen gern für einen
alten Hut und Ranzen, um noch einmal
die Welt zu grüßen und mein Heimweh
über Wasser und Land zu tragen
Hermann Hesse, Bodensee. Im Philisterland (1904)
Stary kapelusz plecak wiatr i wędrowanie
Może tędy do Boga ktoś z nas się dostanie
Tędy przez krzaki jeżyn podmiejskie śmietniska
Jeśli Bóg tutaj chodzi to nas widzi z bliska
Tędy obok kolejki w chwastach po nasypie
Tam gdzie spóźniona jesień czarne liście sypie
Czy widzisz – przy mnie idą koty jeż półżywy
Sucha jabłoń klon ścięty złamane pokrzywy
Dwie kawki pogubione klon ścięty za młodu
I jeszcze coś co żyło w ciemnościach ogrodu
Z kotów Żółtek umarły oraz Psotka żywa
I Figiel ten co Żółtka żałośnie przyzywa
Tam na prawo mieszkają Małgosia i Ania
Bóg gdzieś jest ale wielka chmura go zasłania
Idą także migdałek trzy brzózki schorzałe
Stara sosna i wrzosy choć to dzieci małe
Kwacze Żółtek i Figiel bo głos mają kaczy
Biegną przodem kto pierwszy z nich Boga zobaczy
Przez wiadukt i na lewo przy dziurawym płocie
Suchy jaśmin sosenki jedno widmo kocie
Idę z nimi coś sobie nucę z Zaratustry
Chmury wiszą na niebie jak skrwawione chusty
Nie wiemy czy Bóg blisko czy daleko mieszka
I gdzie – czy to do Boga prowadzi ta ścieżka
Przez jesień mego życia idziemy pomału
To co z życia zostanie będzie do podziału
To co niosę na rękach to jest kocię młode
Mała gwiazdka nam wróży przyjemną pogodę
styczeń 2000
sobota, listopada 22, 2003
Listopad tego roku bardzo niewiele niesie opadającego czasu. Kładę się spać i budzę niewyspany, jest chyba zbyt ciepło. Wieczorami powinniśmy zakładać, a nie zdejmować ubranie. Książki powinny oddychać szronem. Wszak należymy do ludów Północy, choć może naszym przodkom pomyliły się kierunki migracji. Być Polakiem czy Chorwatem, a może Grekiem - gdybyśmy mogli dokonać wyboru... Zimny dotyk Bałtyku czy łagodny szum Morza Wewnętrznego? Nie mogę pozbyć się wrażenia, że miejsce, w którym żyjemy, to pomyłka. Ale z drugiej strony patrząc: nie ma innej Ziemi Obiecanej. Dlatego tęsknię do śniegu.
piątek, listopada 21, 2003
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy się ucieszą.
Ja się ucieszyłem ^_^
A tak poza tym: jakoś ostatnio nie miałem za bardzo na nic czasu (a zwłaszcza na pisanie na bloga). Przez dwa ostatnie miałem laborkę z TSI, kolokwium z probabilistyki i jeszcze prodżekta z algorytmów musiałem napisać...
Wczoraj (a raczej dzisiaj) zasnąłem (a raczej przysnąłem) około 5:30, a wstałem o 7:00. Tak wiec zaraz idę spać.
Ehh... No ale może jak już się wyśpię to coś stworzę :)
Ja się ucieszyłem ^_^
A tak poza tym: jakoś ostatnio nie miałem za bardzo na nic czasu (a zwłaszcza na pisanie na bloga). Przez dwa ostatnie miałem laborkę z TSI, kolokwium z probabilistyki i jeszcze prodżekta z algorytmów musiałem napisać...
Wczoraj (a raczej dzisiaj) zasnąłem (a raczej przysnąłem) około 5:30, a wstałem o 7:00. Tak wiec zaraz idę spać.
Ehh... No ale może jak już się wyśpię to coś stworzę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
