To może ja też coś napiszę :)
Witam i pozdrawiam tajemniczą katharsis.
A tak przy okazji: czy te zielone tło to tak wiosennie? Trzeba też zmienić kolor dla delimitera dni, bo na tym zielonym to go prawie nie widać.
wtorek, maja 04, 2004
poniedziałek, maja 03, 2004
niedziela, maja 02, 2004
sobota, maja 01, 2004
sobota, kwietnia 24, 2004
W ramach rozmowy z Bartkiem przejrzałem archiwum bloga. Ostatnie posty od nuandy były z października 2003, wysyłane jeszcze przed wypadem do Hamburga. Warto je czytać! Lektura jego listów (a także tych, które mamy na twardych dyskach poza blogiem) to spotkanie szczególne... co ja zresztą będę Wam tłumaczył...
Piszę z trudem, ale kilka rzeczy trzeba powiedzieć. Zresztą nie wiem, czy post ten wyślę, bo zawsze pozostaje możliwość: napisz, zniszcz. Więc:
Po pierwsze trzeba streścić post Matusa, który gdzieś przepadł. Matus pytał o to, co łączy naszą klasę poza piętnem śmierci.
Po drugie uświadomiłem sobie dzisiaj, czym jest głęboka wiara. To moc mówienia, kiedy mówić się nie da. Słyszałem dziś tę wiarę. Myślę o Was: Panie Leszku, Pani Gabrysiu, Marzenko.
Po trzecie wreszcie - muszę przygotować się na nieobecność Bartka. Nieobecność fizyczną, bo w pamięci jest stale. Pomyślcie: ile rzeczy robiliście i robicie nadal wobec Bartka, wobec myśli o Nim. Przyzwyczaił nas do tego, że jest z Nim źle, że znika gdzieś w szpitalu, w świecie, którego nie rozumiemy, i nagle pojawia się - uśmiechnięty, autoironiczny, z miną, która mówi: nie dam się! Nie można było mu nie wierzyć, mimo że wiedzieliśmy, że jest coraz gorzej. Bo ta wiara: "nie dasz się" to był jedyny sposób walki z bezradnością - Jego i nasz.
Takiego Bartka zobaczyłem dziś na zdjęciach i takiego chciałbym zapamiętać. A jednocześnie muszę przyjąć fakt, że po trudnych chwilach nie napisze mejla, nie odezwie się z Krakowa, że Go nie będzie.
Chociaż, jeśli Bogu założy wreszcie Internet - to kto wie?
[niech ktoś wreszcie wymyśli emotikon: uśmiech przez łzy!]
Po pierwsze trzeba streścić post Matusa, który gdzieś przepadł. Matus pytał o to, co łączy naszą klasę poza piętnem śmierci.
Po drugie uświadomiłem sobie dzisiaj, czym jest głęboka wiara. To moc mówienia, kiedy mówić się nie da. Słyszałem dziś tę wiarę. Myślę o Was: Panie Leszku, Pani Gabrysiu, Marzenko.
Po trzecie wreszcie - muszę przygotować się na nieobecność Bartka. Nieobecność fizyczną, bo w pamięci jest stale. Pomyślcie: ile rzeczy robiliście i robicie nadal wobec Bartka, wobec myśli o Nim. Przyzwyczaił nas do tego, że jest z Nim źle, że znika gdzieś w szpitalu, w świecie, którego nie rozumiemy, i nagle pojawia się - uśmiechnięty, autoironiczny, z miną, która mówi: nie dam się! Nie można było mu nie wierzyć, mimo że wiedzieliśmy, że jest coraz gorzej. Bo ta wiara: "nie dasz się" to był jedyny sposób walki z bezradnością - Jego i nasz.
Takiego Bartka zobaczyłem dziś na zdjęciach i takiego chciałbym zapamiętać. A jednocześnie muszę przyjąć fakt, że po trudnych chwilach nie napisze mejla, nie odezwie się z Krakowa, że Go nie będzie.
Chociaż, jeśli Bogu założy wreszcie Internet - to kto wie?
[niech ktoś wreszcie wymyśli emotikon: uśmiech przez łzy!]
piątek, kwietnia 23, 2004
poniedziałek, kwietnia 19, 2004
sobota, kwietnia 17, 2004
jeszcze parę godzin temu oddychał. Jeszcze paręnaście godzin temu dawał znaki, że rozumie, że wie, o czym i z kim rozmawia. Mówił mi o koncercie Radiohead w Hamburgu (mówił gestem raczej niż słowem, ale mówił). A ja głupiec niewiele rozumiałem. I żegnał się skinięciem ręki... Uśmiechał się ...
Mój Boże, jakież jest niestosowne to pisanie moje tutaj...
A może właśnie stosowne. Może właśnie tak trzeba, żeby było wiadomym... żeby inni wiedzieli, jak to jest...
Więc jest tak, że gaśnie się powoli. I sam siebie przekonuję, że to nie boli, że nie masz świadomości, że usypiasz, że stajesz jak się jak dziecko, które bawi się zabawką z domu dzieciństwa. Pijesz jak dziecko, cieszysz się jak dziecko.... i niech to nie bardzo boli...
Ale jednocześnie boli wszystko inne, cały świat boli, ten świat, który pozostaje, on boli nade wszystko.
Łzy ciekną po rozmowie z Marzeną, i jeszcze Jego Mama, która mówi, że jest szczęśliwa, bo była z Nim, kiedy odchodził. I Tata który próbuje się godzić...
Bęczę jak bóbr. Bartek pewnie by się uśmiał.
Przepraszam tych, którzy wybierają milczenie.
Mój Boże, jakież jest niestosowne to pisanie moje tutaj...
A może właśnie stosowne. Może właśnie tak trzeba, żeby było wiadomym... żeby inni wiedzieli, jak to jest...
Więc jest tak, że gaśnie się powoli. I sam siebie przekonuję, że to nie boli, że nie masz świadomości, że usypiasz, że stajesz jak się jak dziecko, które bawi się zabawką z domu dzieciństwa. Pijesz jak dziecko, cieszysz się jak dziecko.... i niech to nie bardzo boli...
Ale jednocześnie boli wszystko inne, cały świat boli, ten świat, który pozostaje, on boli nade wszystko.
Łzy ciekną po rozmowie z Marzeną, i jeszcze Jego Mama, która mówi, że jest szczęśliwa, bo była z Nim, kiedy odchodził. I Tata który próbuje się godzić...
Bęczę jak bóbr. Bartek pewnie by się uśmiał.
Przepraszam tych, którzy wybierają milczenie.
wtorek, kwietnia 13, 2004
niedziela, kwietnia 11, 2004
Umierają ludzie ważni. Odchodzą w nicość albo w coś, ale tu ich więcej nie będzie. Splatają się nasze losy bardzo dziwnie, może nasze słowa rezonują to, co gdzieś jest zapisane, bo przecież parę dni temu mówiłem o odchodzeniu i o tym, jak mało uważni jesteśmy, nie widząc odchodzących aż do momentu, kiedy znikną.
Teraz Jacek Kaczmarski. Nie lubię patetycznego nastroju akademii wspomnieniowych, internetowe "świeczki" budzą mój estetyczny opór, ale milczeć w takiej sytuacji? Może to byłoby najlepsze...
Nie wiem.
Wiem tylko, że kilka utworów Kaczmarskiego było dla mnie szczególnie ważnych, a wśród nich ten, który zaraz zamieszczę. Nie będzie to starannie wyselekcjonowany cytat, ostra a celna myśl, ale tekst może zbyt często wykonywany przy ognisku, zbyt często drukowany w harceskich śpiewnikach, a zbyt rzadko słuchany uważnie. Tekst w jakimś stopniu natchniony - trzeba go jeszcze słyszeć, więc poszperajcie w płytotece lub na twardych dyskach.
Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego
To moja droga z piekła do piekła
W dół na złamanie karku gnam
Nikt mnie nie trzyma, nikt nie prześwietla,
Nie zrywa mostów, nie stawia bram.
Po grani! Po grani!
Bez łańcuchów nad przepaścią, bez wahania!
Tu na trzeźwo diabli wezmą
Zdradzi mnie rozsądek - drań
W wilczy dół wspomnienia zmienią
ostrą grań!
Po grani! Po grani! Po grani!
Tu mi drogi nie zastąpią pokonani
Tylko łapią mnie za nogi, krzyczą - Nie idź! Krzyczą - Stań!
Ci, co w pół stanęli drogi
I zębami, pazurami kruszą grań!
To moja droga z piekła do piekła
W przepaść na łeb na szyję skok.
Boskiej Komedii nowy przekład
I w pierwszy krąg mój pierwszy krok!
Tu do mnie! Tu do mnie
Ruda chwyta mnie dziewczyna swymi dłońmi
I do końskiej grzywy wiąże
Szarpię grzywę, rumak rży!
Ona - co ci jest, mój książę?
Szepce mi.
Do piekła! Do piekła! Do piekła!
Nie mam czasu na przejażdżki wiedźmo wściekła.
- Nie wiesz ty co cię tam czeka -
Mówi sine tocząc łzy.
- Piekło też jest dla człowieka!
Nie strasz, nie kuś i odchodząc zabierz sny!
To moja droga z piekła do piekła
Wokół postaci bladych tłok.
Koń mnie nad nimi unosi z lekka
I w drugi krąg kieruję krok!
Zesłani! Zesłani!
Naznaczeni, potępieni i sprzedani!
Co robicie w piekła sztolniach
Brodząc w błocie, depcząc lód!
Czy śmierć daje ludzi wolnych
Znów pod knut!?
To nie tak! to nie tak! to nie tak!
Nie użalaj się nad nami tyś - poeta.
Myśmy raju znieść nie mogli.
Tu nasz żywioł, tu nasz dom,
Tu nie wejdą ludzie podli
Tutaj żaden nas nie zdziesiątkuje grom!
- Pani bagien, mokradeł i śnieżnych pól!
Rozpal w łaźni kamienie na biel
Z ciał rozgrzanych niech się wytopi ból
Tatuaże weźmiemy na cel!
Bo na sercu, po lewej, tam Stalin drży.
Pot zalewa mu oczy i wąs.
Jego profil specjalnie tam kłuli my
Żeby słyszał jak serca się rwą!
To moja droga z piekła do piekła
Lampy naftowe wabią wzrok.
Podmiejska chata, mała izdebka
I w trzeci krąg kieruję krok:
- Wchodź śmiało! wchodź śmiało!
Nie wiem, jak ci trafić tutaj się udało!
Ot jak raz samowar kipi, pij herbatę
Synu, pij!
Samogonu z nami wypij!
Zdrowy żyj!
Nam znośnie! nam znośnie! nam znośnie!
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie!
Pożyjemy i pomrzemy
Nie usłyszy o nas świat
A po śmierci wypijemy
Za przeżytych w dobrej wierze parę lat!
To moja droga z piekła do piekła
Miasto - a w mieście przy bloku blok
Wciągam powietrze i chwiejny z lekka
Już w czwarty krąg kieruję krok.
Do cyrku! Do cyrku! Do kina!
Telewizor włączyć bajka się zaczyna!
Mama w sklepie, tata w barze
Syn z pepeszy tnie aż gra.
Na pionierskiej chuście marzeń
Gwiazdę ma!
Na mecze! Na mecze! Na wiece!
Swoje znać, nie rzucać w oczy się bezpiece!
Sąsiad - owszem, wypić można!
Lecz to sąsiad, brat - to brat.
Jak świat światem do ostrożnych
Zwykł należeć i uśmiechać się ten świat!
To moja droga z piekła do piekła.
Na scenie Hamlet, skłuty bok,
Z którego właśnie krew wyciekła -
To w piąty krąg kolejny krok!
O matko! O matko!
Jakże mogłaś jemu sprzedać się tak łatwo!
Wszak on męża twego zabił
Zgładzi mnie, splugawi tron
Zniszczy Danię, lud ograbi
Bijcie w dzwon!
Na trwogę! Na trwogę! Na trwogę!
Nie wybieraj między żądzą swą a Bogiem!
Póki czas naprawić błędy
Matko nie rób tego - stój!
Cenzor z dziewiątego rzędu:
- Nie, w tej formie to nie może wcale pójść!
To moja droga z piekła do piekła.
Piwo i wódka, koniak, grog.
Najlepszych z nas ostatnia Mekka
I w szósty krąg kolejny krok.
Na górze! Na górze! Na górze!
Chciałoby się żyć najpełniej i najdłużej!
O to warto się postarać!
To jest nałóg, zrozum to!
Tam się żyje jak za cara
I ot co!
Na dole, na dole, na dole
Szklanka wódki i razowy chleb na stole!
I my wszyscy tam - i tutaj
Tłum rozdartych dusz na pół,
Po huśtawce mdłość i smutek
Choćbyś nawet co dzień walił głową w stół!
To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok!
Tam milczą i siedzą,
I na moją twarz nie spojrzą - wszystko wiedzą
Siedzą, ale nie gadają
Mętny wzrok spod powiek lśni
Żują coś, bo im wypadły
Dawno kły!
Więc stoję! więc stoję! więc stoję!
A przed nimi leży w teczce życie moje!
Nie czytają, nie pytają,
Milczą, siedzą, kaszle ktoś,
A za oknem werble grają
Znów parad parada, święto albo jeszcze coś...
I pojąłem co chcą ze mną zrobić tu
I za gardło porywa mnie strach!
Koń mój zniknął, a wy siedmiu kręgów tłum
Macie w uszach i w oczach piach!
Po mnie nikt nie wyciągnie okrutnych rąk
Mnie nie będą katować i strzyc!
Dla mnie mają tu jeszcze ósmy krąg!
Ósmy krąg, w którym nie ma już nic.
Pamiętajcie wy o mnie, co sił! Co sił!
Choć przemknąłem przed wami jak cień!
Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył-
Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień!
1980
Teraz Jacek Kaczmarski. Nie lubię patetycznego nastroju akademii wspomnieniowych, internetowe "świeczki" budzą mój estetyczny opór, ale milczeć w takiej sytuacji? Może to byłoby najlepsze...
Nie wiem.
Wiem tylko, że kilka utworów Kaczmarskiego było dla mnie szczególnie ważnych, a wśród nich ten, który zaraz zamieszczę. Nie będzie to starannie wyselekcjonowany cytat, ostra a celna myśl, ale tekst może zbyt często wykonywany przy ognisku, zbyt często drukowany w harceskich śpiewnikach, a zbyt rzadko słuchany uważnie. Tekst w jakimś stopniu natchniony - trzeba go jeszcze słyszeć, więc poszperajcie w płytotece lub na twardych dyskach.
Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego
To moja droga z piekła do piekła
W dół na złamanie karku gnam
Nikt mnie nie trzyma, nikt nie prześwietla,
Nie zrywa mostów, nie stawia bram.
Po grani! Po grani!
Bez łańcuchów nad przepaścią, bez wahania!
Tu na trzeźwo diabli wezmą
Zdradzi mnie rozsądek - drań
W wilczy dół wspomnienia zmienią
ostrą grań!
Po grani! Po grani! Po grani!
Tu mi drogi nie zastąpią pokonani
Tylko łapią mnie za nogi, krzyczą - Nie idź! Krzyczą - Stań!
Ci, co w pół stanęli drogi
I zębami, pazurami kruszą grań!
To moja droga z piekła do piekła
W przepaść na łeb na szyję skok.
Boskiej Komedii nowy przekład
I w pierwszy krąg mój pierwszy krok!
Tu do mnie! Tu do mnie
Ruda chwyta mnie dziewczyna swymi dłońmi
I do końskiej grzywy wiąże
Szarpię grzywę, rumak rży!
Ona - co ci jest, mój książę?
Szepce mi.
Do piekła! Do piekła! Do piekła!
Nie mam czasu na przejażdżki wiedźmo wściekła.
- Nie wiesz ty co cię tam czeka -
Mówi sine tocząc łzy.
- Piekło też jest dla człowieka!
Nie strasz, nie kuś i odchodząc zabierz sny!
To moja droga z piekła do piekła
Wokół postaci bladych tłok.
Koń mnie nad nimi unosi z lekka
I w drugi krąg kieruję krok!
Zesłani! Zesłani!
Naznaczeni, potępieni i sprzedani!
Co robicie w piekła sztolniach
Brodząc w błocie, depcząc lód!
Czy śmierć daje ludzi wolnych
Znów pod knut!?
To nie tak! to nie tak! to nie tak!
Nie użalaj się nad nami tyś - poeta.
Myśmy raju znieść nie mogli.
Tu nasz żywioł, tu nasz dom,
Tu nie wejdą ludzie podli
Tutaj żaden nas nie zdziesiątkuje grom!
- Pani bagien, mokradeł i śnieżnych pól!
Rozpal w łaźni kamienie na biel
Z ciał rozgrzanych niech się wytopi ból
Tatuaże weźmiemy na cel!
Bo na sercu, po lewej, tam Stalin drży.
Pot zalewa mu oczy i wąs.
Jego profil specjalnie tam kłuli my
Żeby słyszał jak serca się rwą!
To moja droga z piekła do piekła
Lampy naftowe wabią wzrok.
Podmiejska chata, mała izdebka
I w trzeci krąg kieruję krok:
- Wchodź śmiało! wchodź śmiało!
Nie wiem, jak ci trafić tutaj się udało!
Ot jak raz samowar kipi, pij herbatę
Synu, pij!
Samogonu z nami wypij!
Zdrowy żyj!
Nam znośnie! nam znośnie! nam znośnie!
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie!
Pożyjemy i pomrzemy
Nie usłyszy o nas świat
A po śmierci wypijemy
Za przeżytych w dobrej wierze parę lat!
To moja droga z piekła do piekła
Miasto - a w mieście przy bloku blok
Wciągam powietrze i chwiejny z lekka
Już w czwarty krąg kieruję krok.
Do cyrku! Do cyrku! Do kina!
Telewizor włączyć bajka się zaczyna!
Mama w sklepie, tata w barze
Syn z pepeszy tnie aż gra.
Na pionierskiej chuście marzeń
Gwiazdę ma!
Na mecze! Na mecze! Na wiece!
Swoje znać, nie rzucać w oczy się bezpiece!
Sąsiad - owszem, wypić można!
Lecz to sąsiad, brat - to brat.
Jak świat światem do ostrożnych
Zwykł należeć i uśmiechać się ten świat!
To moja droga z piekła do piekła.
Na scenie Hamlet, skłuty bok,
Z którego właśnie krew wyciekła -
To w piąty krąg kolejny krok!
O matko! O matko!
Jakże mogłaś jemu sprzedać się tak łatwo!
Wszak on męża twego zabił
Zgładzi mnie, splugawi tron
Zniszczy Danię, lud ograbi
Bijcie w dzwon!
Na trwogę! Na trwogę! Na trwogę!
Nie wybieraj między żądzą swą a Bogiem!
Póki czas naprawić błędy
Matko nie rób tego - stój!
Cenzor z dziewiątego rzędu:
- Nie, w tej formie to nie może wcale pójść!
To moja droga z piekła do piekła.
Piwo i wódka, koniak, grog.
Najlepszych z nas ostatnia Mekka
I w szósty krąg kolejny krok.
Na górze! Na górze! Na górze!
Chciałoby się żyć najpełniej i najdłużej!
O to warto się postarać!
To jest nałóg, zrozum to!
Tam się żyje jak za cara
I ot co!
Na dole, na dole, na dole
Szklanka wódki i razowy chleb na stole!
I my wszyscy tam - i tutaj
Tłum rozdartych dusz na pół,
Po huśtawce mdłość i smutek
Choćbyś nawet co dzień walił głową w stół!
To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok!
Tam milczą i siedzą,
I na moją twarz nie spojrzą - wszystko wiedzą
Siedzą, ale nie gadają
Mętny wzrok spod powiek lśni
Żują coś, bo im wypadły
Dawno kły!
Więc stoję! więc stoję! więc stoję!
A przed nimi leży w teczce życie moje!
Nie czytają, nie pytają,
Milczą, siedzą, kaszle ktoś,
A za oknem werble grają
Znów parad parada, święto albo jeszcze coś...
I pojąłem co chcą ze mną zrobić tu
I za gardło porywa mnie strach!
Koń mój zniknął, a wy siedmiu kręgów tłum
Macie w uszach i w oczach piach!
Po mnie nikt nie wyciągnie okrutnych rąk
Mnie nie będą katować i strzyc!
Dla mnie mają tu jeszcze ósmy krąg!
Ósmy krąg, w którym nie ma już nic.
Pamiętajcie wy o mnie, co sił! Co sił!
Choć przemknąłem przed wami jak cień!
Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył-
Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień!
1980
wtorek, kwietnia 06, 2004
Hm, też mam pewnie parę takich tekstów na sumieniu, na szczęście w wersji mówionej, na lekcjach. Ale wtedy zawsze można mnie zastopować tekstem: "sorze, może by tak po ludzku?":). Z drugiej jednak strony polonista jest w szczególnej sytuacji: powinien sztubaków przygotowywać do recepcji tego rodzaju rozpraw, więc od czasu do czasu musi pogadać szyfrem.
Abnuku, krew mogą ci spijać raz na pół roku, tak jest najbezpieczniej. A najśmieszniejszy jest pierwszy raz: wszystkie piguły patrzą na ciebie jak na zjawę i tylko czekają, aż im zemdlejesz. Ale zwykle wiąże się to tylko z lekkim zawrotem głowy, niespecjalnie zresztą przykrym. I to tylko za pierwszym razem, potem tego typu atrakcji już nie ma:)
Abnuku, krew mogą ci spijać raz na pół roku, tak jest najbezpieczniej. A najśmieszniejszy jest pierwszy raz: wszystkie piguły patrzą na ciebie jak na zjawę i tylko czekają, aż im zemdlejesz. Ale zwykle wiąże się to tylko z lekkim zawrotem głowy, niespecjalnie zresztą przykrym. I to tylko za pierwszym razem, potem tego typu atrakcji już nie ma:)
niedziela, kwietnia 04, 2004
Ja też jeszcze istnieję. Ale jakoś obok. I nie wiem, co u Bartka, nie odpowiada na smsy... Wiecie coś?
Co do newsów, to zbieram je, aby przetrawić, wtedy pogadamy.
Abnuk, a co sądzisz o Muse, ostatnio dużo słuchałem i to są właśnie te granice histerii, które - zagospodarowne, poddane rygorom, chociażby basu i perkusji - całkiem sobie cenię.
Co do newsów, to zbieram je, aby przetrawić, wtedy pogadamy.
Abnuk, a co sądzisz o Muse, ostatnio dużo słuchałem i to są właśnie te granice histerii, które - zagospodarowne, poddane rygorom, chociażby basu i perkusji - całkiem sobie cenię.
sobota, kwietnia 03, 2004
czwartek, marca 11, 2004
Kilka przeżyć dobrych i pięknych - w moim rozmiarze, czyli na moją miarę skrojonych: lektura "Zdradzonych testamentów" Milana Kundery, koncert Morcheeby na Canal+, słuchanie histerycznej muzyki Radiohead i jeszcze bardziej histerycznej Muse, głośne czytanie "Orfeusza i Eurydyki" Miłosza na lekcji w czwartej humanistycznej, ping-pong w którym Polska przegrała z Białorusią:), jutrzejsze ... na godzinę do Warszawy, a w głośnikach pewnie znowu Muse, i jeszcze parę takich chwil, mam nadzieję...
wtorek, marca 09, 2004
czwartek, marca 04, 2004
jak to ująć w słowa... są takie chwile, kiedy jedynie śmiech pozostaje. więc niech brzmi. Bartek po wyniszczającej (mało powiedziane!) chemii opowiada taką sytuację: jego brat widzi go po dłuższej przerwie i zatacza się ze śmiechu, mówiąc: wyglądasz jak Golum! śmiejemy się, snując wizje zdjęć Bartka na opakowaniach od nutelli. my w maskach, on w trakcie kolacji, a podano właśnie chleb&chleb:)
To jest właśnie piekło: nie móc czytać, nie móc słuchać, nie móc rysować! na sali telewizor i czterech innych umarlaków, bez obrazy. od ponad dwóch miesięcy miesięcy - do kiedy?!
To jest właśnie piekło: nie móc czytać, nie móc słuchać, nie móc rysować! na sali telewizor i czterech innych umarlaków, bez obrazy. od ponad dwóch miesięcy miesięcy - do kiedy?!
piątek, lutego 27, 2004
czwartek, lutego 26, 2004
środa, lutego 25, 2004
wtorek, lutego 24, 2004
No to dzięki!
Refleksje mam jednak dziś dołujące z lekka. Z niepokojem/przerażeniem obserwuję powszechne zdziczenie obyczajów; raczej należę do opytmistów i ludzi wierzących w ludzi, ale czasem w swej wierze głęboko się rozczarowuję. Nie lubię wszelkiego rodzaju generalizacji, ale coraz częściej jednak zaskakuje mnie bezinteresowna niechęć czy też wprost nienawiść do tak samo oddychającego i umierającego człowieka. I niestety sądzę, że za tę pogardę odpowiedzialne są media, które zło uczyniły prawdziwie banalnym (nie nazizm!, tylko "niewinni" dziennikarze/filmowcy!). Może to truizmy, ale czasem truizmy bolą jak nic innego.
Refleksje mam jednak dziś dołujące z lekka. Z niepokojem/przerażeniem obserwuję powszechne zdziczenie obyczajów; raczej należę do opytmistów i ludzi wierzących w ludzi, ale czasem w swej wierze głęboko się rozczarowuję. Nie lubię wszelkiego rodzaju generalizacji, ale coraz częściej jednak zaskakuje mnie bezinteresowna niechęć czy też wprost nienawiść do tak samo oddychającego i umierającego człowieka. I niestety sądzę, że za tę pogardę odpowiedzialne są media, które zło uczyniły prawdziwie banalnym (nie nazizm!, tylko "niewinni" dziennikarze/filmowcy!). Może to truizmy, ale czasem truizmy bolą jak nic innego.
wtorek, lutego 17, 2004
Haiku... Mnie zastanawia kto jest na tyle odważny żeby podejmować się tłumaczenia takiego tekstu. Przecież to jest tylko kilka słów. (uwaga: to *nie* ma być ironia). Chodzi mi o to: te kilka słów jest starannie skomponowane. A z drugiej strony, przy tłumaczeniu nieco zniekształca się oryginał. Więc jeśli lekko zniekształcimy te kilka słów, to można otrzymać coś zupełnie innego.
Takie przemyślenie kiedy już powinienem spać...
Takie przemyślenie kiedy już powinienem spać...
poniedziałek, lutego 16, 2004
Ja wiem, że haiku już jest niemodne. Ale co ma moda do setek lat tradycji formy literackiej, której my, ludzie Zachodu jesteśmy tylko mniej lub bardziej uważnymi uczniami. Więc niech rozbłysną:
Odbite
W oku ważki
Góry
[Issa]
Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
[Kubonta 1881-1924]
W głowie lalki
Wycinki
Z gazet
[Bob Boldman]
Mgła.
Siedzieć tu
Bez gór
[Gary Hotham]
Odbite
W oku ważki
Góry
[Issa]
Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
[Kubonta 1881-1924]
W głowie lalki
Wycinki
Z gazet
[Bob Boldman]
Mgła.
Siedzieć tu
Bez gór
[Gary Hotham]
sobota, lutego 14, 2004
Właśnie wróciłem ze Szklarskiej Poręby (zgroza: słońce pojawiło się, kiedy pakowałem walizy przed powrotną drogą, ale i tak jestem zadowolony: tydzień bez internetu, komórki, okolicznych bagienek interpersonalnych...) Więc wracam i niestety po godzinie od wejścia do domu już włączam komputer, i jestem. Poczta, fora dyskusyjne, parę zaprzyjaźnionych witryn, wpadam w dawny rytm, dobrze to czy źle?
Co do tła: niech będzie, zaraz podejrzę, jak to łubuzie zrobiłeś;)
Do.
Co do tła: niech będzie, zaraz podejrzę, jak to łubuzie zrobiłeś;)
Do.
czwartek, stycznia 29, 2004
niedziela, stycznia 25, 2004
Zastanawiałem się, czy wkleić to tu, czy też tam, gdzie wpadnie pomiędzy inne "intrygujące". Jednak tu, bo śnieg i mróz ostre jak gwiazdy. Co do autora, Stefana Chwina, niech będą głosy podzielone, niektórzy ;) mówią, że nudziarz.
Stefan Chwin, Rozgwieżdżoność
Specjalnością Boga, w którego wierzyłem, były wschody i zachody słońca, ogniste światła nad Zatoką i tęcze, które zapalał nad Katedrą.
Miał Rękę lekką jak japoński malarz, który cieniutkim pędzelkiem maluje na jedwabiu śmiercionośną falę tsunami. Z gołębim wyczuciem leciutkimi pociągnięciami rysował na jasnej emalii powietrza ciemniejszą smugę błękitu, do gasnących barw nad Katedrą dorzucając kilka śladów złota. Potrafiłem rano, gdy wszyscy spali, wyjść do ogrodu mokrego od rosy i polować na zorzę - arcydzieło światła, które od niechcenia namalował nad zamglonymi polami lotniska. Żarłem zorzę jak ciasto z różowym lukrem. Ładowało mnie to na cały dzień.
Ale listopadowe noce bywały straszne. Od strony morza długie wycie syren okrętowych we mgle, szum czarnego deszczu, daleki gwizd lokomotywy. Mokra, brudna ciemność, w której tonął świat, spowijała dom i ogród. Czy i tę straszną ciemność - pytałem siebie - stworzył ten sam Bóg, który malował poranne zorze? Rozgwieżdżone niebo października było zachwycające. Przebudzony w środku nocy, długo patrzyłem na nie przez uchylone okno.
A jednak to zachwycające niebo, na które tak patrzyłem, już po paru chwilach staczało się w dziką monotonię, od której chciało się wyć. Lubiłem Boga od japońskich miniatur zmierzchu, czułego kaligrafa drobnych fal na wodzie stawu w Parku koło Katedry, Boga od jarzębin i białego szronu na astrach. Zorze, które malował nad lotniskiem, były bardzo udane. Ale gwiazdy? Skąd w Bogu - pytałem siebie, patrząc na rojące się za oknem światła Drogi Mlecznej - ten szał rodzenia? Skąd ta nienasycona żarłoczność w produkowaniu tak wielkich przestrzeni Kosmosu i ta furia w produkowaniu tak straszliwej liczby gwiazd? Jakby mogło go nasycić tylko stwarzanie tego potwornego ogromu bez granic. Lecz na co? Lecz po co?
Nie wystarczała Mu architektura jednego liścia? Wznoszenie katedry z trzech gałązek klonu? Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną, czułem, że te czarne ogromy za oknem naruszają miarę dobrego smaku. Zamiast uskrzydlać, przytłaczają. Więc na cóż Mu był właściwie tak potwornie wielki Wszechświat? Przecież ten Wszechświat - dowiedziałem się od Ojca - w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie nadaje się do życia. Jest prawdziwym królestwem śmierci. Żywa materia jest w nim zaledwie miliardowym ułamkiem ułamka. Na cóż więc Bogu ta czarna martwa okropność, i to jeszcze w tak straszliwych rozmiarach?
Moje serce było małe, złe i niespokojne. W obliczu rozgwieżdżonego nieba, które bezgłośnie wybuchało nad moją głową miliardami roziskrzonych galaktyk, czułem się mniejszy od muchy. Miałem kilka lat, drżałem z lęku w ciemnościach pokoju, podciągałem kołdrę pod brodę, więc dlaczego Bóg straszył mnie jeszcze tą potworną rozgwieżdżoną przestrzenią, która otwierała się za oknem - i przytłaczała, i przerażała? Rozumiem - gdybym był dorosłym, pewnie by mi się to należało za moje grzechy. Ale takie rzeczy wyprawiać z dzieckiem?
Patrzyłem w czarne niebo za oknem i nie wiedziałem, czy On tym strasznym widokiem nieskończonej otchłani chce mnie wzmocnić i dlatego hartuje moją duszę zimnym prysznicem nieskończoności, czy raczej chce mnie złamać i zdruzgotać już na wstępie życia, bym się już nigdy nie mógł w sobie umocnić? Uderzeniami czarnego młota pobudzał moją duszę do wzrostu, czy raczej zadawał jej rany, z których nie miała się już nigdy wylizać? Jakaż tam zresztą to i była ta moja paroletnia dusza. To była, ot, duszyczka zaledwie. Można ją było zabić jednym pstryknięciem palca.
Przecież i tak w moim życiu nie brakowało rzeczy strasznych, więc po cóż mnie straszył jeszcze po nocach tym widokiem nieskończonej Rozgwieżdżoności, która wdzierała się przez czarne okno i zatapiała pokój?
Stefan Chwin, Rozgwieżdżoność
Specjalnością Boga, w którego wierzyłem, były wschody i zachody słońca, ogniste światła nad Zatoką i tęcze, które zapalał nad Katedrą.
Miał Rękę lekką jak japoński malarz, który cieniutkim pędzelkiem maluje na jedwabiu śmiercionośną falę tsunami. Z gołębim wyczuciem leciutkimi pociągnięciami rysował na jasnej emalii powietrza ciemniejszą smugę błękitu, do gasnących barw nad Katedrą dorzucając kilka śladów złota. Potrafiłem rano, gdy wszyscy spali, wyjść do ogrodu mokrego od rosy i polować na zorzę - arcydzieło światła, które od niechcenia namalował nad zamglonymi polami lotniska. Żarłem zorzę jak ciasto z różowym lukrem. Ładowało mnie to na cały dzień.
Ale listopadowe noce bywały straszne. Od strony morza długie wycie syren okrętowych we mgle, szum czarnego deszczu, daleki gwizd lokomotywy. Mokra, brudna ciemność, w której tonął świat, spowijała dom i ogród. Czy i tę straszną ciemność - pytałem siebie - stworzył ten sam Bóg, który malował poranne zorze? Rozgwieżdżone niebo października było zachwycające. Przebudzony w środku nocy, długo patrzyłem na nie przez uchylone okno.
A jednak to zachwycające niebo, na które tak patrzyłem, już po paru chwilach staczało się w dziką monotonię, od której chciało się wyć. Lubiłem Boga od japońskich miniatur zmierzchu, czułego kaligrafa drobnych fal na wodzie stawu w Parku koło Katedry, Boga od jarzębin i białego szronu na astrach. Zorze, które malował nad lotniskiem, były bardzo udane. Ale gwiazdy? Skąd w Bogu - pytałem siebie, patrząc na rojące się za oknem światła Drogi Mlecznej - ten szał rodzenia? Skąd ta nienasycona żarłoczność w produkowaniu tak wielkich przestrzeni Kosmosu i ta furia w produkowaniu tak straszliwej liczby gwiazd? Jakby mogło go nasycić tylko stwarzanie tego potwornego ogromu bez granic. Lecz na co? Lecz po co?
Nie wystarczała Mu architektura jednego liścia? Wznoszenie katedry z trzech gałązek klonu? Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną, czułem, że te czarne ogromy za oknem naruszają miarę dobrego smaku. Zamiast uskrzydlać, przytłaczają. Więc na cóż Mu był właściwie tak potwornie wielki Wszechświat? Przecież ten Wszechświat - dowiedziałem się od Ojca - w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie nadaje się do życia. Jest prawdziwym królestwem śmierci. Żywa materia jest w nim zaledwie miliardowym ułamkiem ułamka. Na cóż więc Bogu ta czarna martwa okropność, i to jeszcze w tak straszliwych rozmiarach?
Moje serce było małe, złe i niespokojne. W obliczu rozgwieżdżonego nieba, które bezgłośnie wybuchało nad moją głową miliardami roziskrzonych galaktyk, czułem się mniejszy od muchy. Miałem kilka lat, drżałem z lęku w ciemnościach pokoju, podciągałem kołdrę pod brodę, więc dlaczego Bóg straszył mnie jeszcze tą potworną rozgwieżdżoną przestrzenią, która otwierała się za oknem - i przytłaczała, i przerażała? Rozumiem - gdybym był dorosłym, pewnie by mi się to należało za moje grzechy. Ale takie rzeczy wyprawiać z dzieckiem?
Patrzyłem w czarne niebo za oknem i nie wiedziałem, czy On tym strasznym widokiem nieskończonej otchłani chce mnie wzmocnić i dlatego hartuje moją duszę zimnym prysznicem nieskończoności, czy raczej chce mnie złamać i zdruzgotać już na wstępie życia, bym się już nigdy nie mógł w sobie umocnić? Uderzeniami czarnego młota pobudzał moją duszę do wzrostu, czy raczej zadawał jej rany, z których nie miała się już nigdy wylizać? Jakaż tam zresztą to i była ta moja paroletnia dusza. To była, ot, duszyczka zaledwie. Można ją było zabić jednym pstryknięciem palca.
Przecież i tak w moim życiu nie brakowało rzeczy strasznych, więc po cóż mnie straszył jeszcze po nocach tym widokiem nieskończonej Rozgwieżdżoności, która wdzierała się przez czarne okno i zatapiała pokój?
piątek, stycznia 23, 2004
Ps. Ale żeby nie było zbyt ponuracko, zdradzę Wam w sekrecie, że mam pewne pomysły, jak przynajmniej na kilka dni rozruszać to gmaszysko, korzystając ze zdobywanego właśnie zawodu animatora kultury. Aktualnie opracowuję projekt i sprawdzam mozliwości czasowo - twórcze. Staw, czy mogłabym zjawić się u Ciebie na audiencję, powiedzmy wiosenną porą?
czwartek, stycznia 22, 2004
Ha! Czy było źle? Czy było dobrze? Czy jakoś było?
Zależy, co to znaczy "źle". I z jakiej perspektywy. Z mojej teraźniejszej, która stara się usilnie zachować w pamięci wszystkie barwy pobytu w gmachu przy ul.17 Stycznia, to nie żywię specjalnego sentymentu do tego miejsca. Do ludzi, do niektórych przedmiotów (czyt. polski i łacina), do fermenciku intelektualnego, do rzeczy które robiliśmy poza oficjalnym obiegiem - owszem, wywołuje to duże piknięcie gdzieś w okolicach serca. Co do reszty, niekoniecznie.
Było źle? Raczej kontrastowo. Z jednej strony była (emocjonująca niekiedy) próba znalezienia luki w systemie. Miliony cudnych anegdotek, które teraz przywołuje się przy kombatanckich spotkaniach. Zajęcia z polskiego, m.in. dzięki którym poszłam na takie a nie inne studia i są one dla mnie czystą przyjemnością. Przyjaźnie, lektury, pomysły na wykorzystanie czasu, do momentu kiedy się STĄD wyrwiemy. A z drugiej strony delikatne poczucie ubezwłasnowolnienia szkolnego i tego, że to, co potrzebne, dzieje się w większości obok; walka z wkładanym mi do łba schematem "nauka to wszystko" lub, później "tylko prawo da wam pracę, idźcie na prawo"; dramaty poszczególnych jednostek, nerwice z powodu przeciążenia. Pamiętam dzień, w którym mój wychowawca (chłopaki - to nie był staw) zarządził w klasie stan wojenny, zakazując nam chodzenia do knajp i innych takich demoralizatorskich poczynań - mamy się uczyć! Przemowę zakończył stwierdzeniem " Wy jesteście dzieci "Solidarności", to powinniście to doskonale zrozumieć", na co Stasiek K. siedzący w pierwszej ławce mruknął "Jeżeli jesteśmy dzieci "Solidarności"- no to strajk...". Śmieszne? - jasne, ale nie wtedy, bo w perspektywie były dodatkowe godziny historii, które w IV klasie dobiły do liczby ośmiu plus trzy godziny WOS-u (bo jak się nie wyrabia z programem...). Pamiętam też, jak szkoła umywała ręce w przypadku panny z mojej klasy, która w ciągu roku prawie zaćpała się na amen; mniej więcej w tym czasie ukazał się artykuł w Wyborczej na temat narkotyków w szkołach i Dyrektor Ł. twierdził "Narkotyki? W mojej szkole??? Nigdy!". I inne takie.
Wylewam żale? Już mi to dawno przeszło. Wiem tylko, że czasami można inaczej, że instytucja totalna nie wyklucza słowa "otwartość". Niektórzy z kadry krasiniakowej o tym pamiętali, inni czasami się zapominali, a innym problemy osobiste rzucały się na charakter. I tyle.
Zależy, co to znaczy "źle". I z jakiej perspektywy. Z mojej teraźniejszej, która stara się usilnie zachować w pamięci wszystkie barwy pobytu w gmachu przy ul.17 Stycznia, to nie żywię specjalnego sentymentu do tego miejsca. Do ludzi, do niektórych przedmiotów (czyt. polski i łacina), do fermenciku intelektualnego, do rzeczy które robiliśmy poza oficjalnym obiegiem - owszem, wywołuje to duże piknięcie gdzieś w okolicach serca. Co do reszty, niekoniecznie.
Było źle? Raczej kontrastowo. Z jednej strony była (emocjonująca niekiedy) próba znalezienia luki w systemie. Miliony cudnych anegdotek, które teraz przywołuje się przy kombatanckich spotkaniach. Zajęcia z polskiego, m.in. dzięki którym poszłam na takie a nie inne studia i są one dla mnie czystą przyjemnością. Przyjaźnie, lektury, pomysły na wykorzystanie czasu, do momentu kiedy się STĄD wyrwiemy. A z drugiej strony delikatne poczucie ubezwłasnowolnienia szkolnego i tego, że to, co potrzebne, dzieje się w większości obok; walka z wkładanym mi do łba schematem "nauka to wszystko" lub, później "tylko prawo da wam pracę, idźcie na prawo"; dramaty poszczególnych jednostek, nerwice z powodu przeciążenia. Pamiętam dzień, w którym mój wychowawca (chłopaki - to nie był staw) zarządził w klasie stan wojenny, zakazując nam chodzenia do knajp i innych takich demoralizatorskich poczynań - mamy się uczyć! Przemowę zakończył stwierdzeniem " Wy jesteście dzieci "Solidarności", to powinniście to doskonale zrozumieć", na co Stasiek K. siedzący w pierwszej ławce mruknął "Jeżeli jesteśmy dzieci "Solidarności"- no to strajk...". Śmieszne? - jasne, ale nie wtedy, bo w perspektywie były dodatkowe godziny historii, które w IV klasie dobiły do liczby ośmiu plus trzy godziny WOS-u (bo jak się nie wyrabia z programem...). Pamiętam też, jak szkoła umywała ręce w przypadku panny z mojej klasy, która w ciągu roku prawie zaćpała się na amen; mniej więcej w tym czasie ukazał się artykuł w Wyborczej na temat narkotyków w szkołach i Dyrektor Ł. twierdził "Narkotyki? W mojej szkole??? Nigdy!". I inne takie.
Wylewam żale? Już mi to dawno przeszło. Wiem tylko, że czasami można inaczej, że instytucja totalna nie wyklucza słowa "otwartość". Niektórzy z kadry krasiniakowej o tym pamiętali, inni czasami się zapominali, a innym problemy osobiste rzucały się na charakter. I tyle.
Abnuk: to nie było nie zapowiedziane. Tylko my jeszcze wtedy nie rozumieliśmy tego języka ;)
mgr Łoniewska powiedziała na pierwszych zajęciach: "zapoznajcie się z nowym podziałem administracyjnym kraju". Z dalszej perspektywy jest oczywiste co miała na myśli.
No tak... pierwsza ocena w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Krasińskiego: 1 za podział administracyjny. Ale potem poprawiłem. Na 3 :)
BTW: Abnuk, pierwszego dnia, pierwsza lekcja, to była geografia. Siedzieliśmy wtedy w jednej ławce :)
mgr Łoniewska powiedziała na pierwszych zajęciach: "zapoznajcie się z nowym podziałem administracyjnym kraju". Z dalszej perspektywy jest oczywiste co miała na myśli.
No tak... pierwsza ocena w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Krasińskiego: 1 za podział administracyjny. Ale potem poprawiłem. Na 3 :)
BTW: Abnuk, pierwszego dnia, pierwsza lekcja, to była geografia. Siedzieliśmy wtedy w jednej ławce :)
środa, stycznia 21, 2004
Heh... Rozpocznę małą wstawką nie na temat...
Przeczytałem, nacisnąłem 'napisz' i zacząłem wymyślać jak by tu zacząć: "I don't..."
Co to się porobiło z człowiekiem...
Powracając do (*): Jak dla mnie, to wcale nie było tak źle.
Przyznaję, że nieraz miałem już dosyć tego wszystkiego (klasa mat-fiz z rozszerzonym programem wszystkiego).
Może nie wszystko, czego się nauczyliśmy - lub raczej: czego nas uczono - przydaje się teraz... może nie wszyscy nauczyciele zachowywali się tak jakbyśmy chcieli... ale przecież nie było tak źle!
Ja osobiście miło wspominam liceum. Zwłaszcza że te mniej przyjemne fakty ulatują z pamięci. A uważam, że gdyby działo się coś naprawdę złego, to raczej bym o tym pamiętał, i to główie o tym.
No a tak na marginesie: chyba bym się nie udzielał na forum klasy Imia gdyby krasiniak figurował na mojej czarnej liście ;)
Dobrze jest!
Update: Nacisąłem już 'post' ale jeszcze mi coś przyszło na myśl. Zacytuję sam siebie ;)
Może nie wszystko (...) przydaje się teraz.
I powiem tak: przyznaję się bez bicia, że uleciało mi sporo wiedzy z literatury... I przyznaję, że kiedyś często się zastanawiałem nad sensem uczenia się tego (nie żebym całkowicie negował, raczej "niepokoił" mnie zakres materiału). A teraz, gdy zacząłem zapominać, to jakoś tak się dziwnie czuję. I to wcale nie jest pozytywne odczucie... Trzeba przyznać: brakuje mi tych wiadomości. Nie do jakiegoś tam audio-tele. Po prostu dla samego siebie...
Szkoda że jakoś wcześniej tego nie zauważyłem...
Przeczytałem, nacisnąłem 'napisz' i zacząłem wymyślać jak by tu zacząć: "I don't..."
Co to się porobiło z człowiekiem...
Powracając do (*): Jak dla mnie, to wcale nie było tak źle.
Przyznaję, że nieraz miałem już dosyć tego wszystkiego (klasa mat-fiz z rozszerzonym programem wszystkiego).
Może nie wszystko, czego się nauczyliśmy - lub raczej: czego nas uczono - przydaje się teraz... może nie wszyscy nauczyciele zachowywali się tak jakbyśmy chcieli... ale przecież nie było tak źle!
Ja osobiście miło wspominam liceum. Zwłaszcza że te mniej przyjemne fakty ulatują z pamięci. A uważam, że gdyby działo się coś naprawdę złego, to raczej bym o tym pamiętał, i to główie o tym.
No a tak na marginesie: chyba bym się nie udzielał na forum klasy Imia gdyby krasiniak figurował na mojej czarnej liście ;)
Dobrze jest!
Update: Nacisąłem już 'post' ale jeszcze mi coś przyszło na myśl. Zacytuję sam siebie ;)
Może nie wszystko (...) przydaje się teraz.
I powiem tak: przyznaję się bez bicia, że uleciało mi sporo wiedzy z literatury... I przyznaję, że kiedyś często się zastanawiałem nad sensem uczenia się tego (nie żebym całkowicie negował, raczej "niepokoił" mnie zakres materiału). A teraz, gdy zacząłem zapominać, to jakoś tak się dziwnie czuję. I to wcale nie jest pozytywne odczucie... Trzeba przyznać: brakuje mi tych wiadomości. Nie do jakiegoś tam audio-tele. Po prostu dla samego siebie...
Szkoda że jakoś wcześniej tego nie zauważyłem...
wtorek, stycznia 20, 2004
Ale się porobiło! Nie wiem nawet, czy mogę używać tu nazwy "wirtualny krasiniak", bo ten drugi człon podobno działa jak płachta na byka. Krasiniak=mobbing, Sodoma i Gomora, anus mundi i takie inne, jeszcze gorsze, które moje wrażliwe ucho polonisty odrzuca. Powiedzcie mi, czy naprawdę jest (było) tak źle? Pamiętajcie, że ja także inkryminowaną szkółkę kończyłem, więc mam swoje zdanie. I nie wiem tylko, kto się zmienił: sztubacy czy belferstwo, wnętrze czy okolica? Wiem także, bo pamiętam (takie typy jak ja mają dobrą pamięć!), że na szkołę łatwo psioczyć, łatwo narzekać, bo to wygodniej i modniej, a opamiętanie jednych trafia przed trzydziestką, innych po pięćdziesiątce. Więc do klawiatur, maładcy!
środa, stycznia 07, 2004
W eseju Camus jest powiedziane, że Syzyf schodząc odnajduje jakąś paradoksalną radość. Więc może rzeczywiście świadomie puszcza kamień? Może to jest właśnie jego bunt i zwycięstwo nad okrutnym losem, na jaki skazali go bogowie? Interpretacja chyba niesprzeczna z myślą Camus, aczkolwiek radykalniejsza.
wtorek, stycznia 06, 2004
Przerwa świąteczna :P
Hmm... przyznam się że ostatnio przerzuciłem się na forum klasy Imia :)
Co by tu ciekawego napisać... O!
Dziś na filozofii egzystencjalnej kumpel rzucił tezę (a ja już nie pamiętam tego tekstu) że w tym opowiadanku o Syzyfie Camus próbuje między wierszami zasugerować, że Syzyf sam puszcza ten kamień. Argumentował to tym, że im bliżej Syzyf jest od szczytu góry tym mniej jest radosny...
Jak to było w tekście?
Hmm... przyznam się że ostatnio przerzuciłem się na forum klasy Imia :)
Co by tu ciekawego napisać... O!
Dziś na filozofii egzystencjalnej kumpel rzucił tezę (a ja już nie pamiętam tego tekstu) że w tym opowiadanku o Syzyfie Camus próbuje między wierszami zasugerować, że Syzyf sam puszcza ten kamień. Argumentował to tym, że im bliżej Syzyf jest od szczytu góry tym mniej jest radosny...
Jak to było w tekście?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
