sobota, kwietnia 24, 2004

Piszę z trudem, ale kilka rzeczy trzeba powiedzieć. Zresztą nie wiem, czy post ten wyślę, bo zawsze pozostaje możliwość: napisz, zniszcz. Więc:
Po pierwsze trzeba streścić post Matusa, który gdzieś przepadł. Matus pytał o to, co łączy naszą klasę poza piętnem śmierci.
Po drugie uświadomiłem sobie dzisiaj, czym jest głęboka wiara. To moc mówienia, kiedy mówić się nie da. Słyszałem dziś tę wiarę. Myślę o Was: Panie Leszku, Pani Gabrysiu, Marzenko.
Po trzecie wreszcie - muszę przygotować się na nieobecność Bartka. Nieobecność fizyczną, bo w pamięci jest stale. Pomyślcie: ile rzeczy robiliście i robicie nadal wobec Bartka, wobec myśli o Nim. Przyzwyczaił nas do tego, że jest z Nim źle, że znika gdzieś w szpitalu, w świecie, którego nie rozumiemy, i nagle pojawia się - uśmiechnięty, autoironiczny, z miną, która mówi: nie dam się! Nie można było mu nie wierzyć, mimo że wiedzieliśmy, że jest coraz gorzej. Bo ta wiara: "nie dasz się" to był jedyny sposób walki z bezradnością - Jego i nasz.
Takiego Bartka zobaczyłem dziś na zdjęciach i takiego chciałbym zapamiętać. A jednocześnie muszę przyjąć fakt, że po trudnych chwilach nie napisze mejla, nie odezwie się z Krakowa, że Go nie będzie.

Chociaż, jeśli Bogu założy wreszcie Internet - to kto wie?
[niech ktoś wreszcie wymyśli emotikon: uśmiech przez łzy!]
13.30. Kościół.

piątek, kwietnia 23, 2004

No i Msza jest w kościele, a nie w kaplicy.
Przed chwilą rozmawiałem z mamą Bartka. Powiedziała, że Bartek zaprasza po pogrzebie na mały poczęstunek w szkole w Glinojecku. Z cmentarza odjedzie specjalny autobus. No to się trzymajmy!

poniedziałek, kwietnia 19, 2004

witam milczeniem...i nocą...

sobota, kwietnia 17, 2004

jeszcze parę godzin temu oddychał. Jeszcze paręnaście godzin temu dawał znaki, że rozumie, że wie, o czym i z kim rozmawia. Mówił mi o koncercie Radiohead w Hamburgu (mówił gestem raczej niż słowem, ale mówił). A ja głupiec niewiele rozumiałem. I żegnał się skinięciem ręki... Uśmiechał się ...
Mój Boże, jakież jest niestosowne to pisanie moje tutaj...
A może właśnie stosowne. Może właśnie tak trzeba, żeby było wiadomym... żeby inni wiedzieli, jak to jest...
Więc jest tak, że gaśnie się powoli. I sam siebie przekonuję, że to nie boli, że nie masz świadomości, że usypiasz, że stajesz jak się jak dziecko, które bawi się zabawką z domu dzieciństwa. Pijesz jak dziecko, cieszysz się jak dziecko.... i niech to nie bardzo boli...
Ale jednocześnie boli wszystko inne, cały świat boli, ten świat, który pozostaje, on boli nade wszystko.
Łzy ciekną po rozmowie z Marzeną, i jeszcze Jego Mama, która mówi, że jest szczęśliwa, bo była z Nim, kiedy odchodził. I Tata który próbuje się godzić...
Bęczę jak bóbr. Bartek pewnie by się uśmiał.
Przepraszam tych, którzy wybierają milczenie.

wtorek, kwietnia 13, 2004

Bartek jest w szpitalu w Ciechanowie. Oddział wewnętrzny-specjalistyczny (budynek za bramą), drugie piętro, pokój 204.
...nie mogę pisać...

niedziela, kwietnia 11, 2004

Umierają ludzie ważni. Odchodzą w nicość albo w coś, ale tu ich więcej nie będzie. Splatają się nasze losy bardzo dziwnie, może nasze słowa rezonują to, co gdzieś jest zapisane, bo przecież parę dni temu mówiłem o odchodzeniu i o tym, jak mało uważni jesteśmy, nie widząc odchodzących aż do momentu, kiedy znikną.
Teraz Jacek Kaczmarski. Nie lubię patetycznego nastroju akademii wspomnieniowych, internetowe "świeczki" budzą mój estetyczny opór, ale milczeć w takiej sytuacji? Może to byłoby najlepsze...
Nie wiem.
Wiem tylko, że kilka utworów Kaczmarskiego było dla mnie szczególnie ważnych, a wśród nich ten, który zaraz zamieszczę. Nie będzie to starannie wyselekcjonowany cytat, ostra a celna myśl, ale tekst może zbyt często wykonywany przy ognisku, zbyt często drukowany w harceskich śpiewnikach, a zbyt rzadko słuchany uważnie. Tekst w jakimś stopniu natchniony - trzeba go jeszcze słyszeć, więc poszperajcie w płytotece lub na twardych dyskach.

Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego

To moja droga z piekła do piekła
W dół na złamanie karku gnam
Nikt mnie nie trzyma, nikt nie prześwietla,
Nie zrywa mostów, nie stawia bram.
Po grani! Po grani!
Bez łańcuchów nad przepaścią, bez wahania!
Tu na trzeźwo diabli wezmą
Zdradzi mnie rozsądek - drań
W wilczy dół wspomnienia zmienią
ostrą grań!

Po grani! Po grani! Po grani!
Tu mi drogi nie zastąpią pokonani
Tylko łapią mnie za nogi, krzyczą - Nie idź! Krzyczą - Stań!
Ci, co w pół stanęli drogi
I zębami, pazurami kruszą grań!

To moja droga z piekła do piekła
W przepaść na łeb na szyję skok.
Boskiej Komedii nowy przekład
I w pierwszy krąg mój pierwszy krok!
Tu do mnie! Tu do mnie
Ruda chwyta mnie dziewczyna swymi dłońmi
I do końskiej grzywy wiąże
Szarpię grzywę, rumak rży!
Ona - co ci jest, mój książę?
Szepce mi.

Do piekła! Do piekła! Do piekła!
Nie mam czasu na przejażdżki wiedźmo wściekła.
- Nie wiesz ty co cię tam czeka -
Mówi sine tocząc łzy.
- Piekło też jest dla człowieka!
Nie strasz, nie kuś i odchodząc zabierz sny!

To moja droga z piekła do piekła
Wokół postaci bladych tłok.
Koń mnie nad nimi unosi z lekka
I w drugi krąg kieruję krok!
Zesłani! Zesłani!
Naznaczeni, potępieni i sprzedani!
Co robicie w piekła sztolniach
Brodząc w błocie, depcząc lód!
Czy śmierć daje ludzi wolnych
Znów pod knut!?

To nie tak! to nie tak! to nie tak!
Nie użalaj się nad nami tyś - poeta.
Myśmy raju znieść nie mogli.
Tu nasz żywioł, tu nasz dom,
Tu nie wejdą ludzie podli
Tutaj żaden nas nie zdziesiątkuje grom!

- Pani bagien, mokradeł i śnieżnych pól!
Rozpal w łaźni kamienie na biel
Z ciał rozgrzanych niech się wytopi ból
Tatuaże weźmiemy na cel!
Bo na sercu, po lewej, tam Stalin drży.
Pot zalewa mu oczy i wąs.
Jego profil specjalnie tam kłuli my
Żeby słyszał jak serca się rwą!

To moja droga z piekła do piekła
Lampy naftowe wabią wzrok.
Podmiejska chata, mała izdebka
I w trzeci krąg kieruję krok:
- Wchodź śmiało! wchodź śmiało!
Nie wiem, jak ci trafić tutaj się udało!
Ot jak raz samowar kipi, pij herbatę
Synu, pij!
Samogonu z nami wypij!
Zdrowy żyj!

Nam znośnie! nam znośnie! nam znośnie!
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie!
Pożyjemy i pomrzemy
Nie usłyszy o nas świat
A po śmierci wypijemy
Za przeżytych w dobrej wierze parę lat!

To moja droga z piekła do piekła
Miasto - a w mieście przy bloku blok
Wciągam powietrze i chwiejny z lekka
Już w czwarty krąg kieruję krok.
Do cyrku! Do cyrku! Do kina!
Telewizor włączyć bajka się zaczyna!
Mama w sklepie, tata w barze
Syn z pepeszy tnie aż gra.
Na pionierskiej chuście marzeń
Gwiazdę ma!

Na mecze! Na mecze! Na wiece!
Swoje znać, nie rzucać w oczy się bezpiece!
Sąsiad - owszem, wypić można!
Lecz to sąsiad, brat - to brat.
Jak świat światem do ostrożnych
Zwykł należeć i uśmiechać się ten świat!

To moja droga z piekła do piekła.
Na scenie Hamlet, skłuty bok,
Z którego właśnie krew wyciekła -
To w piąty krąg kolejny krok!

O matko! O matko!
Jakże mogłaś jemu sprzedać się tak łatwo!
Wszak on męża twego zabił
Zgładzi mnie, splugawi tron
Zniszczy Danię, lud ograbi
Bijcie w dzwon!

Na trwogę! Na trwogę! Na trwogę!
Nie wybieraj między żądzą swą a Bogiem!
Póki czas naprawić błędy
Matko nie rób tego - stój!
Cenzor z dziewiątego rzędu:
- Nie, w tej formie to nie może wcale pójść!

To moja droga z piekła do piekła.
Piwo i wódka, koniak, grog.
Najlepszych z nas ostatnia Mekka
I w szósty krąg kolejny krok.
Na górze! Na górze! Na górze!
Chciałoby się żyć najpełniej i najdłużej!
O to warto się postarać!
To jest nałóg, zrozum to!
Tam się żyje jak za cara
I ot co!

Na dole, na dole, na dole
Szklanka wódki i razowy chleb na stole!
I my wszyscy tam - i tutaj
Tłum rozdartych dusz na pół,
Po huśtawce mdłość i smutek
Choćbyś nawet co dzień walił głową w stół!

To moja droga z piekła do piekła
Z wolna zapada nade mną mrok
Więc biesów szpaler szlak mi oświetla
Bo w siódmy krąg kieruję krok!
Tam milczą i siedzą,
I na moją twarz nie spojrzą - wszystko wiedzą
Siedzą, ale nie gadają
Mętny wzrok spod powiek lśni
Żują coś, bo im wypadły
Dawno kły!

Więc stoję! więc stoję! więc stoję!
A przed nimi leży w teczce życie moje!
Nie czytają, nie pytają,
Milczą, siedzą, kaszle ktoś,
A za oknem werble grają
Znów parad parada, święto albo jeszcze coś...

I pojąłem co chcą ze mną zrobić tu
I za gardło porywa mnie strach!
Koń mój zniknął, a wy siedmiu kręgów tłum
Macie w uszach i w oczach piach!
Po mnie nikt nie wyciągnie okrutnych rąk
Mnie nie będą katować i strzyc!
Dla mnie mają tu jeszcze ósmy krąg!
Ósmy krąg, w którym nie ma już nic.
Pamiętajcie wy o mnie, co sił! Co sił!
Choć przemknąłem przed wami jak cień!
Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył-
Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień!

1980

wtorek, kwietnia 06, 2004

Hm, też mam pewnie parę takich tekstów na sumieniu, na szczęście w wersji mówionej, na lekcjach. Ale wtedy zawsze można mnie zastopować tekstem: "sorze, może by tak po ludzku?":). Z drugiej jednak strony polonista jest w szczególnej sytuacji: powinien sztubaków przygotowywać do recepcji tego rodzaju rozpraw, więc od czasu do czasu musi pogadać szyfrem.
Abnuku, krew mogą ci spijać raz na pół roku, tak jest najbezpieczniej. A najśmieszniejszy jest pierwszy raz: wszystkie piguły patrzą na ciebie jak na zjawę i tylko czekają, aż im zemdlejesz. Ale zwykle wiąże się to tylko z lekkim zawrotem głowy, niespecjalnie zresztą przykrym. I to tylko za pierwszym razem, potem tego typu atrakcji już nie ma:)

niedziela, kwietnia 04, 2004

Dzielę sie krwią, z kim mogę, ale mam B RH+, więc nie będzie raczej Bartkowi smakowała. Nie wiem nawet k., czy śmiać się, czy płakać. Wypuszczą go na Święta czy będzie cały czas w szpitalu?
Ja też jeszcze istnieję. Ale jakoś obok. I nie wiem, co u Bartka, nie odpowiada na smsy... Wiecie coś?
Co do newsów, to zbieram je, aby przetrawić, wtedy pogadamy.
Abnuk, a co sądzisz o Muse, ostatnio dużo słuchałem i to są właśnie te granice histerii, które - zagospodarowne, poddane rygorom, chociażby basu i perkusji - całkiem sobie cenię.

sobota, kwietnia 03, 2004

Maciek potwierdza swoje istnienie ;-)

Eh... jakoś tak ostatnio nie mam na nic czasu... przykre to... Ale już trochę się polepsza, po raz n-ty zacząłem robić swoją stronkę :) Trzymajcie kciuki!

czwartek, marca 11, 2004

Jeszcze jedno: kiedy byłem w szpitalu, słuchałem we śnie i na jawie Radiohead. Teraz nie mogę znaleźć ostatniej płyty. Może któryś ze świętych/szalonych ciechanowskich chirurgów zaszył mi ją w trzewiach?:) Może Radiohead mam teraz w sobie?:)
Kilka przeżyć dobrych i pięknych - w moim rozmiarze, czyli na moją miarę skrojonych: lektura "Zdradzonych testamentów" Milana Kundery, koncert Morcheeby na Canal+, słuchanie histerycznej muzyki Radiohead i jeszcze bardziej histerycznej Muse, głośne czytanie "Orfeusza i Eurydyki" Miłosza na lekcji w czwartej humanistycznej, ping-pong w którym Polska przegrała z Białorusią:), jutrzejsze ... na godzinę do Warszawy, a w głośnikach pewnie znowu Muse, i jeszcze parę takich chwil, mam nadzieję...

wtorek, marca 09, 2004

Niestety, choć może bym i chciał..., ale w czwartek gramy w szkole w tenisa stołowego - przygotowujemy się do turnieju nauczycieli. W zeszłym roku Krasiniak zajął drugie miejsce, pora się poprawić! Wtedy nie grałem, więc muszę się przekonać, czy to było osłabienie zespołu czy może wzmocnienie:)

czwartek, marca 04, 2004

jak to ująć w słowa... są takie chwile, kiedy jedynie śmiech pozostaje. więc niech brzmi. Bartek po wyniszczającej (mało powiedziane!) chemii opowiada taką sytuację: jego brat widzi go po dłuższej przerwie i zatacza się ze śmiechu, mówiąc: wyglądasz jak Golum! śmiejemy się, snując wizje zdjęć Bartka na opakowaniach od nutelli. my w maskach, on w trakcie kolacji, a podano właśnie chleb&chleb:)
To jest właśnie piekło: nie móc czytać, nie móc słuchać, nie móc rysować! na sali telewizor i czterech innych umarlaków, bez obrazy. od ponad dwóch miesięcy miesięcy - do kiedy?!

piątek, lutego 27, 2004

zmiana: w niedzielę po południu jadę do Bartka do Warszawy, do szpitala. Jeśli ktos chce ze mną, jedziemy.
Aż się bałem pytać na blogu o to, co u Bartka. Wiedziałem, że nie jest najlepiej, na sms-y nie odpowiadał... Chyba się w niedzielę do niego wybiorę tak w porze poobiadowej. Jeśli ktoś chętny jest właśnie w Ciechanowie - zapraszam.

czwartek, lutego 26, 2004

Nie, raczej taka ogólna refleksja...
Ale dziś media zdecydownaie przegięły: doniosły o porażce Groclinu. Nasi stracili bramkę w 90 minucie, a rywale grali w dziesiątkę! I jak tu nie wkurzać się na dziennikarzy?:)

środa, lutego 25, 2004

Hmm... Czy stało się wczoraj coś szczególnego w mediach? Ja tu jestem odcięty od cywilizacji telewizyjnej, więc nie wiem czy to tylko taka refleksja ogólna czy też coś konkretnego...

wtorek, lutego 24, 2004

No to dzięki!
Refleksje mam jednak dziś dołujące z lekka. Z niepokojem/przerażeniem obserwuję powszechne zdziczenie obyczajów; raczej należę do opytmistów i ludzi wierzących w ludzi, ale czasem w swej wierze głęboko się rozczarowuję. Nie lubię wszelkiego rodzaju generalizacji, ale coraz częściej jednak zaskakuje mnie bezinteresowna niechęć czy też wprost nienawiść do tak samo oddychającego i umierającego człowieka. I niestety sądzę, że za tę pogardę odpowiedzialne są media, które zło uczyniły prawdziwie banalnym (nie nazizm!, tylko "niewinni" dziennikarze/filmowcy!). Może to truizmy, ale czasem truizmy bolą jak nic innego.

wtorek, lutego 17, 2004

Haiku... Mnie zastanawia kto jest na tyle odważny żeby podejmować się tłumaczenia takiego tekstu. Przecież to jest tylko kilka słów. (uwaga: to *nie* ma być ironia). Chodzi mi o to: te kilka słów jest starannie skomponowane. A z drugiej strony, przy tłumaczeniu nieco zniekształca się oryginał. Więc jeśli lekko zniekształcimy te kilka słów, to można otrzymać coś zupełnie innego.
Takie przemyślenie kiedy już powinienem spać...

poniedziałek, lutego 16, 2004

Ja wiem, że haiku już jest niemodne. Ale co ma moda do setek lat tradycji formy literackiej, której my, ludzie Zachodu jesteśmy tylko mniej lub bardziej uważnymi uczniami. Więc niech rozbłysną:

Odbite
W oku ważki
Góry
[Issa]

Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
[Kubonta 1881-1924]

W głowie lalki
Wycinki
Z gazet
[Bob Boldman]

Mgła.
Siedzieć tu
Bez gór
[Gary Hotham]

sobota, lutego 14, 2004

Właśnie wróciłem ze Szklarskiej Poręby (zgroza: słońce pojawiło się, kiedy pakowałem walizy przed powrotną drogą, ale i tak jestem zadowolony: tydzień bez internetu, komórki, okolicznych bagienek interpersonalnych...) Więc wracam i niestety po godzinie od wejścia do domu już włączam komputer, i jestem. Poczta, fora dyskusyjne, parę zaprzyjaźnionych witryn, wpadam w dawny rytm, dobrze to czy źle?
Co do tła: niech będzie, zaraz podejrzę, jak to łubuzie zrobiłeś;)
Do.

poniedziałek, lutego 09, 2004

Hehe, pobawiłem się tłem. Może tak zostać? Czy zrobić tak jak było?

czwartek, stycznia 29, 2004

Ja tylko chciałem nieskromnie się pochwalić, że - sam jestem zaskoczony - mam 4.5 z filozofii egzystencjalnej :D
Kto by pomyślał? ^__^

niedziela, stycznia 25, 2004

Zastanawiałem się, czy wkleić to tu, czy też tam, gdzie wpadnie pomiędzy inne "intrygujące". Jednak tu, bo śnieg i mróz ostre jak gwiazdy. Co do autora, Stefana Chwina, niech będą głosy podzielone, niektórzy ;) mówią, że nudziarz.


Stefan Chwin, Rozgwieżdżoność

Specjalnością Boga, w którego wierzyłem, były wschody i zachody słońca, ogniste światła nad Zatoką i tęcze, które zapalał nad Katedrą.

Miał Rękę lekką jak japoński malarz, który cieniutkim pędzelkiem maluje na jedwabiu śmiercionośną falę tsunami. Z gołębim wyczuciem leciutkimi pociągnięciami rysował na jasnej emalii powietrza ciemniejszą smugę błękitu, do gasnących barw nad Katedrą dorzucając kilka śladów złota. Potrafiłem rano, gdy wszyscy spali, wyjść do ogrodu mokrego od rosy i polować na zorzę - arcydzieło światła, które od niechcenia namalował nad zamglonymi polami lotniska. Żarłem zorzę jak ciasto z różowym lukrem. Ładowało mnie to na cały dzień.

Ale listopadowe noce bywały straszne. Od strony morza długie wycie syren okrętowych we mgle, szum czarnego deszczu, daleki gwizd lokomotywy. Mokra, brudna ciemność, w której tonął świat, spowijała dom i ogród. Czy i tę straszną ciemność - pytałem siebie - stworzył ten sam Bóg, który malował poranne zorze? Rozgwieżdżone niebo października było zachwycające. Przebudzony w środku nocy, długo patrzyłem na nie przez uchylone okno.

A jednak to zachwycające niebo, na które tak patrzyłem, już po paru chwilach staczało się w dziką monotonię, od której chciało się wyć. Lubiłem Boga od japońskich miniatur zmierzchu, czułego kaligrafa drobnych fal na wodzie stawu w Parku koło Katedry, Boga od jarzębin i białego szronu na astrach. Zorze, które malował nad lotniskiem, były bardzo udane. Ale gwiazdy? Skąd w Bogu - pytałem siebie, patrząc na rojące się za oknem światła Drogi Mlecznej - ten szał rodzenia? Skąd ta nienasycona żarłoczność w produkowaniu tak wielkich przestrzeni Kosmosu i ta furia w produkowaniu tak straszliwej liczby gwiazd? Jakby mogło go nasycić tylko stwarzanie tego potwornego ogromu bez granic. Lecz na co? Lecz po co?

Nie wystarczała Mu architektura jednego liścia? Wznoszenie katedry z trzech gałązek klonu? Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną, czułem, że te czarne ogromy za oknem naruszają miarę dobrego smaku. Zamiast uskrzydlać, przytłaczają. Więc na cóż Mu był właściwie tak potwornie wielki Wszechświat? Przecież ten Wszechświat - dowiedziałem się od Ojca - w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach nie nadaje się do życia. Jest prawdziwym królestwem śmierci. Żywa materia jest w nim zaledwie miliardowym ułamkiem ułamka. Na cóż więc Bogu ta czarna martwa okropność, i to jeszcze w tak straszliwych rozmiarach?

Moje serce było małe, złe i niespokojne. W obliczu rozgwieżdżonego nieba, które bezgłośnie wybuchało nad moją głową miliardami roziskrzonych galaktyk, czułem się mniejszy od muchy. Miałem kilka lat, drżałem z lęku w ciemnościach pokoju, podciągałem kołdrę pod brodę, więc dlaczego Bóg straszył mnie jeszcze tą potworną rozgwieżdżoną przestrzenią, która otwierała się za oknem - i przytłaczała, i przerażała? Rozumiem - gdybym był dorosłym, pewnie by mi się to należało za moje grzechy. Ale takie rzeczy wyprawiać z dzieckiem?

Patrzyłem w czarne niebo za oknem i nie wiedziałem, czy On tym strasznym widokiem nieskończonej otchłani chce mnie wzmocnić i dlatego hartuje moją duszę zimnym prysznicem nieskończoności, czy raczej chce mnie złamać i zdruzgotać już na wstępie życia, bym się już nigdy nie mógł w sobie umocnić? Uderzeniami czarnego młota pobudzał moją duszę do wzrostu, czy raczej zadawał jej rany, z których nie miała się już nigdy wylizać? Jakaż tam zresztą to i była ta moja paroletnia dusza. To była, ot, duszyczka zaledwie. Można ją było zabić jednym pstryknięciem palca.

Przecież i tak w moim życiu nie brakowało rzeczy strasznych, więc po cóż mnie straszył jeszcze po nocach tym widokiem nieskończonej Rozgwieżdżoności, która wdzierała się przez czarne okno i zatapiała pokój?

piątek, stycznia 23, 2004

Każda pora jest dobra, pod warunkiem, że będę jeszcze władny podjąć jakąś decyzję. Bo jak mówił mistrz Tym w "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz": zmiany, zmiany, zmiany! Ale do wiosny placówka powinna się utrzymać, czekamy na wsparcie:)!
Ps. Ale żeby nie było zbyt ponuracko, zdradzę Wam w sekrecie, że mam pewne pomysły, jak przynajmniej na kilka dni rozruszać to gmaszysko, korzystając ze zdobywanego właśnie zawodu animatora kultury. Aktualnie opracowuję projekt i sprawdzam mozliwości czasowo - twórcze. Staw, czy mogłabym zjawić się u Ciebie na audiencję, powiedzmy wiosenną porą?

czwartek, stycznia 22, 2004

Ha! Czy było źle? Czy było dobrze? Czy jakoś było?

Zależy, co to znaczy "źle". I z jakiej perspektywy. Z mojej teraźniejszej, która stara się usilnie zachować w pamięci wszystkie barwy pobytu w gmachu przy ul.17 Stycznia, to nie żywię specjalnego sentymentu do tego miejsca. Do ludzi, do niektórych przedmiotów (czyt. polski i łacina), do fermenciku intelektualnego, do rzeczy które robiliśmy poza oficjalnym obiegiem - owszem, wywołuje to duże piknięcie gdzieś w okolicach serca. Co do reszty, niekoniecznie.

Było źle? Raczej kontrastowo. Z jednej strony była (emocjonująca niekiedy) próba znalezienia luki w systemie. Miliony cudnych anegdotek, które teraz przywołuje się przy kombatanckich spotkaniach. Zajęcia z polskiego, m.in. dzięki którym poszłam na takie a nie inne studia i są one dla mnie czystą przyjemnością. Przyjaźnie, lektury, pomysły na wykorzystanie czasu, do momentu kiedy się STĄD wyrwiemy. A z drugiej strony delikatne poczucie ubezwłasnowolnienia szkolnego i tego, że to, co potrzebne, dzieje się w większości obok; walka z wkładanym mi do łba schematem "nauka to wszystko" lub, później "tylko prawo da wam pracę, idźcie na prawo"; dramaty poszczególnych jednostek, nerwice z powodu przeciążenia. Pamiętam dzień, w którym mój wychowawca (chłopaki - to nie był staw) zarządził w klasie stan wojenny, zakazując nam chodzenia do knajp i innych takich demoralizatorskich poczynań - mamy się uczyć! Przemowę zakończył stwierdzeniem " Wy jesteście dzieci "Solidarności", to powinniście to doskonale zrozumieć", na co Stasiek K. siedzący w pierwszej ławce mruknął "Jeżeli jesteśmy dzieci "Solidarności"- no to strajk...". Śmieszne? - jasne, ale nie wtedy, bo w perspektywie były dodatkowe godziny historii, które w IV klasie dobiły do liczby ośmiu plus trzy godziny WOS-u (bo jak się nie wyrabia z programem...). Pamiętam też, jak szkoła umywała ręce w przypadku panny z mojej klasy, która w ciągu roku prawie zaćpała się na amen; mniej więcej w tym czasie ukazał się artykuł w Wyborczej na temat narkotyków w szkołach i Dyrektor Ł. twierdził "Narkotyki? W mojej szkole??? Nigdy!". I inne takie.

Wylewam żale? Już mi to dawno przeszło. Wiem tylko, że czasami można inaczej, że instytucja totalna nie wyklucza słowa "otwartość". Niektórzy z kadry krasiniakowej o tym pamiętali, inni czasami się zapominali, a innym problemy osobiste rzucały się na charakter. I tyle.
Abnuk: to nie było nie zapowiedziane. Tylko my jeszcze wtedy nie rozumieliśmy tego języka ;)
mgr Łoniewska powiedziała na pierwszych zajęciach: "zapoznajcie się z nowym podziałem administracyjnym kraju". Z dalszej perspektywy jest oczywiste co miała na myśli.
No tak... pierwsza ocena w Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Krasińskiego: 1 za podział administracyjny. Ale potem poprawiłem. Na 3 :)
BTW: Abnuk, pierwszego dnia, pierwsza lekcja, to była geografia. Siedzieliśmy wtedy w jednej ławce :)
Wywołałem do odpowiedzi, więc sytuacja jest "po szkolnemu" poważna, ale nie mogę się powstrzymać. Właśnie przez czerskiego u kumpli znalazłem taki oto gif, który krąży podobno po sieci z podpisem:
"Miłosz i Różewicz":)

Myślę, że można też inne nazwiska tu podstawić:)

środa, stycznia 21, 2004

Heh... Rozpocznę małą wstawką nie na temat...
Przeczytałem, nacisnąłem 'napisz' i zacząłem wymyślać jak by tu zacząć: "I don't..."
Co to się porobiło z człowiekiem...

Powracając do (*): Jak dla mnie, to wcale nie było tak źle.
Przyznaję, że nieraz miałem już dosyć tego wszystkiego (klasa mat-fiz z rozszerzonym programem wszystkiego).
Może nie wszystko, czego się nauczyliśmy - lub raczej: czego nas uczono - przydaje się teraz... może nie wszyscy nauczyciele zachowywali się tak jakbyśmy chcieli... ale przecież nie było tak źle!
Ja osobiście miło wspominam liceum. Zwłaszcza że te mniej przyjemne fakty ulatują z pamięci. A uważam, że gdyby działo się coś naprawdę złego, to raczej bym o tym pamiętał, i to główie o tym.

No a tak na marginesie: chyba bym się nie udzielał na forum klasy Imia gdyby krasiniak figurował na mojej czarnej liście ;)

Dobrze jest!

Update: Nacisąłem już 'post' ale jeszcze mi coś przyszło na myśl. Zacytuję sam siebie ;)
Może nie wszystko (...) przydaje się teraz.
I powiem tak: przyznaję się bez bicia, że uleciało mi sporo wiedzy z literatury... I przyznaję, że kiedyś często się zastanawiałem nad sensem uczenia się tego (nie żebym całkowicie negował, raczej "niepokoił" mnie zakres materiału). A teraz, gdy zacząłem zapominać, to jakoś tak się dziwnie czuję. I to wcale nie jest pozytywne odczucie... Trzeba przyznać: brakuje mi tych wiadomości. Nie do jakiegoś tam audio-tele. Po prostu dla samego siebie...
Szkoda że jakoś wcześniej tego nie zauważyłem...

wtorek, stycznia 20, 2004

Ale się porobiło! Nie wiem nawet, czy mogę używać tu nazwy "wirtualny krasiniak", bo ten drugi człon podobno działa jak płachta na byka. Krasiniak=mobbing, Sodoma i Gomora, anus mundi i takie inne, jeszcze gorsze, które moje wrażliwe ucho polonisty odrzuca. Powiedzcie mi, czy naprawdę jest (było) tak źle? Pamiętajcie, że ja także inkryminowaną szkółkę kończyłem, więc mam swoje zdanie. I nie wiem tylko, kto się zmienił: sztubacy czy belferstwo, wnętrze czy okolica? Wiem także, bo pamiętam (takie typy jak ja mają dobrą pamięć!), że na szkołę łatwo psioczyć, łatwo narzekać, bo to wygodniej i modniej, a opamiętanie jednych trafia przed trzydziestką, innych po pięćdziesiątce. Więc do klawiatur, maładcy!

środa, stycznia 07, 2004

W eseju Camus jest powiedziane, że Syzyf schodząc odnajduje jakąś paradoksalną radość. Więc może rzeczywiście świadomie puszcza kamień? Może to jest właśnie jego bunt i zwycięstwo nad okrutnym losem, na jaki skazali go bogowie? Interpretacja chyba niesprzeczna z myślą Camus, aczkolwiek radykalniejsza.

wtorek, stycznia 06, 2004

Przerwa świąteczna :P

Hmm... przyznam się że ostatnio przerzuciłem się na forum klasy Imia :)

Co by tu ciekawego napisać... O!
Dziś na filozofii egzystencjalnej kumpel rzucił tezę (a ja już nie pamiętam tego tekstu) że w tym opowiadanku o Syzyfie Camus próbuje między wierszami zasugerować, że Syzyf sam puszcza ten kamień. Argumentował to tym, że im bliżej Syzyf jest od szczytu góry tym mniej jest radosny...
Jak to było w tekście?

poniedziałek, stycznia 05, 2004

Pełno nas, a jakoby nikogo nie było. Nie to, żebym narzekał, przecież mnie też nie ma.

środa, grudnia 24, 2003

Dzięki, dzięki, przyłączam się i dorzucam jeszcze życzenia, żeby Was mijały dalekim łukiem wszelkie choróbska ciała i duszy. I biegnę zwozić rodzinkę na kolację, bo tuż tuż!

wtorek, grudnia 23, 2003

Kochani, tymczasowo zakarpieni...
Gwiazdek z nieba. Cudów. Dobrych Rozmów. Ciepła i miłości. Bycia. A w Nowym Roku tylu książek, płyt, piwa i wypraw na krańce świata ilu sobie tylko zamarzycie!!!
Całuję wszystkich (zbiorowo i indywidualnie) w czó(u)łka,
Agnieszka

poniedziałek, grudnia 22, 2003

Karpie rżniecie, rozumiem:)
Oglądałem "Pod osłoną nieba" Bertolucciego. Fabuła filmu rozwija się na dwa tempa, pierwsza część jest "zachodnia", druga "wschodnia", arabska, pustynna. Wszystko to mi pachnie "Dżumą" i "Obcym"; i jeszcze ten Reżyser na końcu, mówiący do bohaterki, która właśnie cudem wróciła z pustyni: "Pani się zgubiła" [i nie dotyczy to jej zgubienia się na pustyni. lecz wszystkiego innego]. A pustynia w tych obrazach nęci innym, nieprzeniknionym sposobem istnienia oraz odmienną zmysłową urodą życia. I muchy, wszechobecne, paskudne muchy. Trzeba chyba pojechać do Algierii, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam są.

piątek, grudnia 19, 2003

W ciszy się szuka, czasem coś się znajduje: taki oto kwiatek, zdradzający moje inklinacje do poezji rymowanej a la ksiądz Baka:

DARIUSZ SUSKA

Uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie

uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
nocnych samochodów, zdać się na istnienie
żółtych latarń, które (tu, na końcu miasta)
rozpraszają ciemność, słyszeć jak narasta

praca czasu, silniejsza niż warkot silników
(jadą, jadą z puszczy, mija weekend), przykuć
wzrok do stadka wirujących muszek
pod nagą żarówką, przy pierwszym z poruszeń

burzowego wiatru pomyśleć: nie może
tak wszystko się kończyć, niżej na podłodze
zobaczyć chrabąszcza, podnieść go przez papier

i zawlec do muszli, spuścić wodę, raptem
złapać się na myśli, nawet na pewności
(zgniło a żyć będzie, jeszcze wleci w gości)




[z tomu Wszyscy nasi drodzy zakopani]

poniedziałek, grudnia 08, 2003

Doświadczyłem czegoś podobnego na Litwie, w mniejszym rzecz jasna stężeniu, bo szukałem tam raczej Mickiewicza, Słowackiego, Miłosza, ale przez nich, a także spoza nich osobność tej krainy do mnie trafiła. Bo przecież szła ona choćby z podróży litewskim odpowiednikiem PKS-u, późną jesienią, z babulami zakutanymi w chusty i facetami w postsowieckich skórzanych kurtkach, na dokładkę dwoje Polaków, do tego Angol i jakiś południowiec, może Hiszpan, wszyscy wleczemy się trupem nie z Polski rodem, ale z Polski przywiezionym, bo jeszcze ma naklejki jakiegoś naszego przewoźnika, więc wszyscy jedziemy, a cel nasz Troki. A tam oprócz tego, co już było, osiedle karaimskie z domkami jak z bajki i zamek na wyspie, a wody wokół skute lodem. Muzeum na zamku pogańskie i litewskie, ale i polonica okazałe - nie byłoby tego zamku, gdyby nie polscy archeologowie i inżynierowie z międzywojnia. Wszystko to tam się miesza, rzecz jasna nie bez napięć, ale to właśnie pociąga i fascynuje: różnica.

Na koniec pasuje tu jak ulał wypowiedź Stanisława Vincenza
z roku 1948 pt. , fragment rozprawy
O możliwościach rozpowszechniania literatury i kultury polskiej :

[...] o ile nie zrezygnujemy całkowicie z naszej odrębności kulturalnej i w ogóle z różnicowania i nie poddamy się bezradnie falom niwelacji, nie możemy zrezygnować także z wymiany kulturalnej. Można przecie zmienić narodowość, ale rezygnować z różnicowania to rezygnować z Europy, ze wszystkich tradycji i z dążeń duchowych.
Pamiętajmy, że stosunki między społeczeństwami cywilizowanymi tworzą się i utrzymują nie tylko za pomocą przejściowych aliansów politycznych, opierają się nie tylko na przejściowych sympatiach szerszych wartsw, które nie dają temu świadomego wyrazu, ale przede wszystkim na zbliżaniu się jednostek i grup świadomych, tworzących i utrzymujących kulturę, i przez wymianę trwałych dzieł i przejawów kultury. [...]
Opowiem Wam historyjkę. Trochę jest długa, nie wiem, czy blog to wytrzyma:-)

Niedzielny poranek, stacja Hajnówka, koniec świata. Dalej jest tylko droga na Białowieżę, puszcza i granica białoruska, której nielegalne przekroczenie dyskutowaliśmy gorąco w pociągu (ale jak tu wytłumaczyć Łukaszence, że my nie chcemy azylu, chcemy tylko syroków, paluszków krabowych, wódki, gruzińskiego wina, pieśni i zachodu słońca nad Świtezią???). Nie wiedząc czemu na mapie regionu niektóre miejscowości zaznaczone są krzyżykiem. Legendy brak. Ponieważ założenie wycieczki (zwanej oficjalnie wypadem służbowym) jest takie, że wybieramy jakąś miejscowość na chybił trafił, dyktafony w dłoń i bez wywiadu o magii ludowej nie wracać, zaintrygowani wybieramy oczywiście wioskę z krzyżykiem o nazwie Narewka, ładujemy się w PKS i ruszamy w dal. My – to znaczy Asia, Jerzy i ja czyli tzw. grupa ekspercka, bo dla reszty wyprawy (a jednocześnie uczestników zajęć Etnograf w terenie) będą to pierwsze wywiady etnograficzne w życiu.
Zimno. Śmiejąc się przypominamy sobie ubiegłą zimę, kiedy przechodziliśmy chrzest bojowy na Białorusi; –25 st. w dzień, katar w nosie zamarza, a babuleńka na rynku w Świrze oferuje skarpety „z sobaki” za jedyne 3 tysiące rubli (6 złotych). Drogi niby odśnieżone, ale cały krajobraz przypomina raczej początek stycznia, niż ten początek grudnia, który rano zostawiliśmy w Warszawie – ślisko, zaspy, pola pokryte płaszczem bieli aż po horyzont. Wybieramy pierwszą chałupę – po obejściu kręci się jakiś etnograficznie perspektywiczny dziadek w kufajce. „ Jakub Wędrowycz we własnej osobie” – myślę, gdy podchodzi do furtki, po czym spostrzegam w jego ręku siekierę i zaczynam myśleć tylko o tym, jak powstrzymać nagłą chęć ucieczki. Przedstawiamy się, mówimy, że chcielibyśmy porozmawiać, dziadek twierdzi, że jest stary i nic nie wie i odwraca się plecami. „Ładny początek” – mruczy pod nosem Jerzy.
Chodzimy po Narewce, pukając od chaty do chaty. Chaty są stare, drewniane, zwykle pomalowane na żółto, ale w większości wymieniono okna na plastikowe, a na dachach widać talerze satelitarne. W jednej z nich, na końcu wioski, wita nas starsze małżeństwo i od razu proponuje wejście do środka i szklankę czaju. Oboje mówią po białorusku, ale kiedy on dowiaduje się, że my studenty z Warszawy, stwierdza, że nie będzie mówił po naszemu, a po oficjalnemu. Siedzimy w chacie dwie godziny, dziadek jednak mimowolnie przechodzi na białoruski. Wypytujemy o szeptunów okolicznych, o zamowy, o magię. Szeptun, szeptucha – to ktoś w rodzaju magicznego znachora, osoba obdarzona mocą i wiedzą, dzięki której może zamawiać choroby – czyli magiczno – religijnymi formułami leczyć ludzi i zwierzęta. Z perspektywy opowiadania o tym w Warszawie można sobie myśleć o tym jako o swoistym placebo podawanym ludziom. Z perspektywy siedzenia w chacie w Narewce wszelkie sądy są nieistotne. Oni wierzą. A ja wiem, że trzeciego dnia w terenie łatwo przechodzi się na druga stronę i pójście po zmroku do miejscowej czarownicy, która umie rzucać złe uroki, nie jest takie proste.
I tak sobie gaworzymy beztrosko. Nasi rozmówcy są starzy i schorowani, ale wyczuwa się w nich niezmąconą pogodę ducha. Rozmowa etnograficzna zbacza na tematy czysto ludzkie. Wychodzimy z poczuciem dobrej rozmowy i nie jest ważne, że nie przerobiliśmy całego kwestionariusza. Kolejna chata, kolejne małżeństwo – on ma 89 lat, ona 87. On – przygłuchy, nie rozumie, o co nam chodzi, więc wygłasza długi monolog o tym , że powinniśmy iść do swoich, bo katolikom ksiądz nie pozwala się bratać z prawosławnymi a oni granicą oddzieleni od swoich. Ona krzyczy na niego, żeby głupstw nie mówił. Po krótkiej wymianie zdań wyrzucają nas z chaty z tekstem „pamiętajcie, starych ludzi nie mordujcie”. Uznajemy to za puentę wyjazdu i kierujemy się w stronę przystanku, po drodze zakupując piwo na ukojenie etnograficznej depresji. Idziemy ze spuszczonymi głowami przez wioskę na końcu świata, a ja myślę sobie o tym , co poprzedni rozmówcy opowiadali mi o swoich pielgrzymkach na świętą górę Grabarkę, górę krzyży. I że całkiem niedaleko siedemdziesiąt lat temu prorok Ilja budował miasto – centrum świata, Wierszalin, raj na ziemi. Tu jest mimo wszystko raj – raj z całą ludzką ufnością i nieufnością, raj z cerkwią po jednej stronie i kościołem po drugiej. I staje mi przed oczami obrazek dowodzący, że mimo wszystko ten ostatni dziadek nie miał racji. Obrazek wygląda następująco – zima dwa lata temu, początek stycznia, poranny autobus PKS relacji Sejny – Suwałki. Wracam półprzytomna z Ośrodka Pogranicze (cała noc oglądałam filmy w Białej Synagodze w Sejnach) i nagle słyszę śpiew dobiegający gdzieś z końca autobusu. Próbuję rozpoznać słowa i uświadamiam sobie, że dzisiaj jest prawosławne Boże Narodzenie, bo słyszę Boh rodziłsja. Za chwilę z lewej strony dobiega Swentis Naktis – to śpiewają Litwini. I nagle sama śpiewam Gdy się Chrystus. Autobus toczył się zaśnieżonymi drogami, ludzie pozdrawiają się nawzajem – Szczasliwa, Is Dievos, z Bogiem. Nie miał racji. Depresja etnograficzna mija, pokora i szacunek zostają.
Wracamy do Hajnówki. Jerzy sprawdza dyktafon i nagle wyłącza nagranie, mówiąc, że nie będzie mógł przepisywać tej rozmowy. Wiemy dlaczego – ona wciąż jest w nas, zbyt żywa. Asia chce zostać, zrobić jeszcze kilka wywiadów, przy czym świetnie wie, że to nie chodzi o zrobienie kwestionariusza do końca. Śmiejemy się, że ów krzyżyk na mapie oznacza „skreślona przez etnografów”. Reszta ekipy wraca z terenu zziębnięta i zachwycona; pytają, kiedy znowu pojedziemy. Zuza, nasza szefowa, uśmiecha się wyrozumiale i szepcze do mnie konfidencjonalnie „zobacz, jak się wkręcili”. I faktycznie, wychodząc z dworca Warszawa - Śródmieście, na widok jakiegoś dziadka mijanego na schodach jedna z panien, która bała się tego wyjazdu, zastanawia się głośno: „Hmmm...nie dałoby się z nim zrobić jakiegoś wywiadu?”
Koniec świata, centrum świata. Nie trzeba daleko jechać.

piątek, grudnia 05, 2003

bingo!
hej, czy ten budynek to nie jest przypadkiem pierwsze el o, widziane od strony tego wjazdu parkingowego??
Jakby nuand podesłał jakiś obrazek na tło, kiedy ten nam się znudzi, nie byłoby źle. Nie to, żebym nalegał, ale jak nie będziesz miał co robić... Nie, powiem inaczej, jak nie będziesz miał co robić, to przede wszystkim skrobnij!
Wiedziałem, że ten budynek może się źle kojarzyć, ale że aż tak?:) Może dlatego, że to noc ma być...
Przepraszam, to co w tle, to chata jakaś ma być? Mnie się wydaje, że to raczej wariacje na temat drutów obozowych. W pierwszym momencie pomyślałam , że nieświadomie wlazłam na jakąś stronę o Holocauście, albo że przez takie obrazki ściga mnie wirtualnie moja promotorka, bo wciąż jej nie oddałam drugiego rozdziału pracy mag.(teoretycznie traktującego o cudzoziemcach w getcie warszawskim).
Dobra, żeby nie było, że strasznie wrzeszczę, zapytam sobie na koniec (refleksyjnie) - czy aż tak nastrojowo jest tej jesieni, Panowie?

niedziela, listopada 30, 2003

Mariusz Wilk z północy Rosji otumanionej wódą przesłanie daje jasne i do myślenia skłaniające wszystkich poza eurokratami:

"Bo dla mnie wszystkie religie, okrom tych, które nawołują do walki z innowiercami, są jednako bliskie: od szamanizmu Saamów do milczącej reguły Thomasa Mertona. W religii (jak i w sztuce) podziwiam wzlot ludzkiego ducha, czy to będzie bizantyjska ikona, czy lamajska thanka, cerkiew Przemienienia Pańskiego na Kiży czy katedra Notre Dame w Paryżu, wiersze Chuang Tzu, psalmy Dawida czy "Tryptyk rzymski" rzymskiego papieża. Jeśli bowiem odrzucimy sacrum, jak to próbowali zrobić bolszewicy, to pozostanie nam wóda i brednia, wystarczy spojrzeć dokoła. Dlatego zanim w turystykę zaczniemy się tu bawić jak Jura Naumow albo plenery dla artystów tworzyć jak Galina Skworcowa, nie mówiąc o dobywaniu uranu, o czym marzy Deribaska, najpierw należy przywrócić tutejszemu pejzażowi jego sakralny wymiar. Duchem tu się zakorzenić. Myślę...

-... to niebezpieczne - wtrącił ojciec Nikołaj - lepiej się pomodlić, w czasowni wszystko gotowe".

Czasownia to tyle, co kaplica. A w znaczenia o ileż bogatsza...
Wszystkie poranki świata mijają bezpowrotnie. "Wszystkie poranki świata" - ten film, widziany już lat temu naście, zrobił na mnie znowu wielkie wrażenie. Muzyka Sainte-Colombe'a i Marin- Marais, jak zresztą wynika z jednego z dialogów, przywołuje zmarłych. I trwa, granicząc z nicością. Tak jak malarstwo barokowe.