środa, grudnia 24, 2003
wtorek, grudnia 23, 2003
poniedziałek, grudnia 22, 2003
Karpie rżniecie, rozumiem:)
Oglądałem "Pod osłoną nieba" Bertolucciego. Fabuła filmu rozwija się na dwa tempa, pierwsza część jest "zachodnia", druga "wschodnia", arabska, pustynna. Wszystko to mi pachnie "Dżumą" i "Obcym"; i jeszcze ten Reżyser na końcu, mówiący do bohaterki, która właśnie cudem wróciła z pustyni: "Pani się zgubiła" [i nie dotyczy to jej zgubienia się na pustyni. lecz wszystkiego innego]. A pustynia w tych obrazach nęci innym, nieprzeniknionym sposobem istnienia oraz odmienną zmysłową urodą życia. I muchy, wszechobecne, paskudne muchy. Trzeba chyba pojechać do Algierii, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam są.
Oglądałem "Pod osłoną nieba" Bertolucciego. Fabuła filmu rozwija się na dwa tempa, pierwsza część jest "zachodnia", druga "wschodnia", arabska, pustynna. Wszystko to mi pachnie "Dżumą" i "Obcym"; i jeszcze ten Reżyser na końcu, mówiący do bohaterki, która właśnie cudem wróciła z pustyni: "Pani się zgubiła" [i nie dotyczy to jej zgubienia się na pustyni. lecz wszystkiego innego]. A pustynia w tych obrazach nęci innym, nieprzeniknionym sposobem istnienia oraz odmienną zmysłową urodą życia. I muchy, wszechobecne, paskudne muchy. Trzeba chyba pojechać do Algierii, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam są.
piątek, grudnia 19, 2003
W ciszy się szuka, czasem coś się znajduje: taki oto kwiatek, zdradzający moje inklinacje do poezji rymowanej a la ksiądz Baka:
DARIUSZ SUSKA
Uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
nocnych samochodów, zdać się na istnienie
żółtych latarń, które (tu, na końcu miasta)
rozpraszają ciemność, słyszeć jak narasta
praca czasu, silniejsza niż warkot silników
(jadą, jadą z puszczy, mija weekend), przykuć
wzrok do stadka wirujących muszek
pod nagą żarówką, przy pierwszym z poruszeń
burzowego wiatru pomyśleć: nie może
tak wszystko się kończyć, niżej na podłodze
zobaczyć chrabąszcza, podnieść go przez papier
i zawlec do muszli, spuścić wodę, raptem
złapać się na myśli, nawet na pewności
(zgniło a żyć będzie, jeszcze wleci w gości)
[z tomu Wszyscy nasi drodzy zakopani]
DARIUSZ SUSKA
Uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
uchylić balkon, w pokój wwlec buczenie
nocnych samochodów, zdać się na istnienie
żółtych latarń, które (tu, na końcu miasta)
rozpraszają ciemność, słyszeć jak narasta
praca czasu, silniejsza niż warkot silników
(jadą, jadą z puszczy, mija weekend), przykuć
wzrok do stadka wirujących muszek
pod nagą żarówką, przy pierwszym z poruszeń
burzowego wiatru pomyśleć: nie może
tak wszystko się kończyć, niżej na podłodze
zobaczyć chrabąszcza, podnieść go przez papier
i zawlec do muszli, spuścić wodę, raptem
złapać się na myśli, nawet na pewności
(zgniło a żyć będzie, jeszcze wleci w gości)
[z tomu Wszyscy nasi drodzy zakopani]
poniedziałek, grudnia 08, 2003
Doświadczyłem czegoś podobnego na Litwie, w mniejszym rzecz jasna stężeniu, bo szukałem tam raczej Mickiewicza, Słowackiego, Miłosza, ale przez nich, a także spoza nich osobność tej krainy do mnie trafiła. Bo przecież szła ona choćby z podróży litewskim odpowiednikiem PKS-u, późną jesienią, z babulami zakutanymi w chusty i facetami w postsowieckich skórzanych kurtkach, na dokładkę dwoje Polaków, do tego Angol i jakiś południowiec, może Hiszpan, wszyscy wleczemy się trupem nie z Polski rodem, ale z Polski przywiezionym, bo jeszcze ma naklejki jakiegoś naszego przewoźnika, więc wszyscy jedziemy, a cel nasz Troki. A tam oprócz tego, co już było, osiedle karaimskie z domkami jak z bajki i zamek na wyspie, a wody wokół skute lodem. Muzeum na zamku pogańskie i litewskie, ale i polonica okazałe - nie byłoby tego zamku, gdyby nie polscy archeologowie i inżynierowie z międzywojnia. Wszystko to tam się miesza, rzecz jasna nie bez napięć, ale to właśnie pociąga i fascynuje: różnica.
Na koniec pasuje tu jak ulał wypowiedź Stanisława Vincenza
z roku 1948 pt. , fragment rozprawy
O możliwościach rozpowszechniania literatury i kultury polskiej :
[...] o ile nie zrezygnujemy całkowicie z naszej odrębności kulturalnej i w ogóle z różnicowania i nie poddamy się bezradnie falom niwelacji, nie możemy zrezygnować także z wymiany kulturalnej. Można przecie zmienić narodowość, ale rezygnować z różnicowania to rezygnować z Europy, ze wszystkich tradycji i z dążeń duchowych.
Pamiętajmy, że stosunki między społeczeństwami cywilizowanymi tworzą się i utrzymują nie tylko za pomocą przejściowych aliansów politycznych, opierają się nie tylko na przejściowych sympatiach szerszych wartsw, które nie dają temu świadomego wyrazu, ale przede wszystkim na zbliżaniu się jednostek i grup świadomych, tworzących i utrzymujących kulturę, i przez wymianę trwałych dzieł i przejawów kultury. [...]
Na koniec pasuje tu jak ulał wypowiedź Stanisława Vincenza
z roku 1948 pt. , fragment rozprawy
O możliwościach rozpowszechniania literatury i kultury polskiej :
[...] o ile nie zrezygnujemy całkowicie z naszej odrębności kulturalnej i w ogóle z różnicowania i nie poddamy się bezradnie falom niwelacji, nie możemy zrezygnować także z wymiany kulturalnej. Można przecie zmienić narodowość, ale rezygnować z różnicowania to rezygnować z Europy, ze wszystkich tradycji i z dążeń duchowych.
Pamiętajmy, że stosunki między społeczeństwami cywilizowanymi tworzą się i utrzymują nie tylko za pomocą przejściowych aliansów politycznych, opierają się nie tylko na przejściowych sympatiach szerszych wartsw, które nie dają temu świadomego wyrazu, ale przede wszystkim na zbliżaniu się jednostek i grup świadomych, tworzących i utrzymujących kulturę, i przez wymianę trwałych dzieł i przejawów kultury. [...]
Opowiem Wam historyjkę. Trochę jest długa, nie wiem, czy blog to wytrzyma:-)
Niedzielny poranek, stacja Hajnówka, koniec świata. Dalej jest tylko droga na Białowieżę, puszcza i granica białoruska, której nielegalne przekroczenie dyskutowaliśmy gorąco w pociągu (ale jak tu wytłumaczyć Łukaszence, że my nie chcemy azylu, chcemy tylko syroków, paluszków krabowych, wódki, gruzińskiego wina, pieśni i zachodu słońca nad Świtezią???). Nie wiedząc czemu na mapie regionu niektóre miejscowości zaznaczone są krzyżykiem. Legendy brak. Ponieważ założenie wycieczki (zwanej oficjalnie wypadem służbowym) jest takie, że wybieramy jakąś miejscowość na chybił trafił, dyktafony w dłoń i bez wywiadu o magii ludowej nie wracać, zaintrygowani wybieramy oczywiście wioskę z krzyżykiem o nazwie Narewka, ładujemy się w PKS i ruszamy w dal. My – to znaczy Asia, Jerzy i ja czyli tzw. grupa ekspercka, bo dla reszty wyprawy (a jednocześnie uczestników zajęć Etnograf w terenie) będą to pierwsze wywiady etnograficzne w życiu.
Zimno. Śmiejąc się przypominamy sobie ubiegłą zimę, kiedy przechodziliśmy chrzest bojowy na Białorusi; –25 st. w dzień, katar w nosie zamarza, a babuleńka na rynku w Świrze oferuje skarpety „z sobaki” za jedyne 3 tysiące rubli (6 złotych). Drogi niby odśnieżone, ale cały krajobraz przypomina raczej początek stycznia, niż ten początek grudnia, który rano zostawiliśmy w Warszawie – ślisko, zaspy, pola pokryte płaszczem bieli aż po horyzont. Wybieramy pierwszą chałupę – po obejściu kręci się jakiś etnograficznie perspektywiczny dziadek w kufajce. „ Jakub Wędrowycz we własnej osobie” – myślę, gdy podchodzi do furtki, po czym spostrzegam w jego ręku siekierę i zaczynam myśleć tylko o tym, jak powstrzymać nagłą chęć ucieczki. Przedstawiamy się, mówimy, że chcielibyśmy porozmawiać, dziadek twierdzi, że jest stary i nic nie wie i odwraca się plecami. „Ładny początek” – mruczy pod nosem Jerzy.
Chodzimy po Narewce, pukając od chaty do chaty. Chaty są stare, drewniane, zwykle pomalowane na żółto, ale w większości wymieniono okna na plastikowe, a na dachach widać talerze satelitarne. W jednej z nich, na końcu wioski, wita nas starsze małżeństwo i od razu proponuje wejście do środka i szklankę czaju. Oboje mówią po białorusku, ale kiedy on dowiaduje się, że my studenty z Warszawy, stwierdza, że nie będzie mówił po naszemu, a po oficjalnemu. Siedzimy w chacie dwie godziny, dziadek jednak mimowolnie przechodzi na białoruski. Wypytujemy o szeptunów okolicznych, o zamowy, o magię. Szeptun, szeptucha – to ktoś w rodzaju magicznego znachora, osoba obdarzona mocą i wiedzą, dzięki której może zamawiać choroby – czyli magiczno – religijnymi formułami leczyć ludzi i zwierzęta. Z perspektywy opowiadania o tym w Warszawie można sobie myśleć o tym jako o swoistym placebo podawanym ludziom. Z perspektywy siedzenia w chacie w Narewce wszelkie sądy są nieistotne. Oni wierzą. A ja wiem, że trzeciego dnia w terenie łatwo przechodzi się na druga stronę i pójście po zmroku do miejscowej czarownicy, która umie rzucać złe uroki, nie jest takie proste.
I tak sobie gaworzymy beztrosko. Nasi rozmówcy są starzy i schorowani, ale wyczuwa się w nich niezmąconą pogodę ducha. Rozmowa etnograficzna zbacza na tematy czysto ludzkie. Wychodzimy z poczuciem dobrej rozmowy i nie jest ważne, że nie przerobiliśmy całego kwestionariusza. Kolejna chata, kolejne małżeństwo – on ma 89 lat, ona 87. On – przygłuchy, nie rozumie, o co nam chodzi, więc wygłasza długi monolog o tym , że powinniśmy iść do swoich, bo katolikom ksiądz nie pozwala się bratać z prawosławnymi a oni granicą oddzieleni od swoich. Ona krzyczy na niego, żeby głupstw nie mówił. Po krótkiej wymianie zdań wyrzucają nas z chaty z tekstem „pamiętajcie, starych ludzi nie mordujcie”. Uznajemy to za puentę wyjazdu i kierujemy się w stronę przystanku, po drodze zakupując piwo na ukojenie etnograficznej depresji. Idziemy ze spuszczonymi głowami przez wioskę na końcu świata, a ja myślę sobie o tym , co poprzedni rozmówcy opowiadali mi o swoich pielgrzymkach na świętą górę Grabarkę, górę krzyży. I że całkiem niedaleko siedemdziesiąt lat temu prorok Ilja budował miasto – centrum świata, Wierszalin, raj na ziemi. Tu jest mimo wszystko raj – raj z całą ludzką ufnością i nieufnością, raj z cerkwią po jednej stronie i kościołem po drugiej. I staje mi przed oczami obrazek dowodzący, że mimo wszystko ten ostatni dziadek nie miał racji. Obrazek wygląda następująco – zima dwa lata temu, początek stycznia, poranny autobus PKS relacji Sejny – Suwałki. Wracam półprzytomna z Ośrodka Pogranicze (cała noc oglądałam filmy w Białej Synagodze w Sejnach) i nagle słyszę śpiew dobiegający gdzieś z końca autobusu. Próbuję rozpoznać słowa i uświadamiam sobie, że dzisiaj jest prawosławne Boże Narodzenie, bo słyszę Boh rodziłsja. Za chwilę z lewej strony dobiega Swentis Naktis – to śpiewają Litwini. I nagle sama śpiewam Gdy się Chrystus. Autobus toczył się zaśnieżonymi drogami, ludzie pozdrawiają się nawzajem – Szczasliwa, Is Dievos, z Bogiem. Nie miał racji. Depresja etnograficzna mija, pokora i szacunek zostają.
Wracamy do Hajnówki. Jerzy sprawdza dyktafon i nagle wyłącza nagranie, mówiąc, że nie będzie mógł przepisywać tej rozmowy. Wiemy dlaczego – ona wciąż jest w nas, zbyt żywa. Asia chce zostać, zrobić jeszcze kilka wywiadów, przy czym świetnie wie, że to nie chodzi o zrobienie kwestionariusza do końca. Śmiejemy się, że ów krzyżyk na mapie oznacza „skreślona przez etnografów”. Reszta ekipy wraca z terenu zziębnięta i zachwycona; pytają, kiedy znowu pojedziemy. Zuza, nasza szefowa, uśmiecha się wyrozumiale i szepcze do mnie konfidencjonalnie „zobacz, jak się wkręcili”. I faktycznie, wychodząc z dworca Warszawa - Śródmieście, na widok jakiegoś dziadka mijanego na schodach jedna z panien, która bała się tego wyjazdu, zastanawia się głośno: „Hmmm...nie dałoby się z nim zrobić jakiegoś wywiadu?”
Koniec świata, centrum świata. Nie trzeba daleko jechać.
Niedzielny poranek, stacja Hajnówka, koniec świata. Dalej jest tylko droga na Białowieżę, puszcza i granica białoruska, której nielegalne przekroczenie dyskutowaliśmy gorąco w pociągu (ale jak tu wytłumaczyć Łukaszence, że my nie chcemy azylu, chcemy tylko syroków, paluszków krabowych, wódki, gruzińskiego wina, pieśni i zachodu słońca nad Świtezią???). Nie wiedząc czemu na mapie regionu niektóre miejscowości zaznaczone są krzyżykiem. Legendy brak. Ponieważ założenie wycieczki (zwanej oficjalnie wypadem służbowym) jest takie, że wybieramy jakąś miejscowość na chybił trafił, dyktafony w dłoń i bez wywiadu o magii ludowej nie wracać, zaintrygowani wybieramy oczywiście wioskę z krzyżykiem o nazwie Narewka, ładujemy się w PKS i ruszamy w dal. My – to znaczy Asia, Jerzy i ja czyli tzw. grupa ekspercka, bo dla reszty wyprawy (a jednocześnie uczestników zajęć Etnograf w terenie) będą to pierwsze wywiady etnograficzne w życiu.
Zimno. Śmiejąc się przypominamy sobie ubiegłą zimę, kiedy przechodziliśmy chrzest bojowy na Białorusi; –25 st. w dzień, katar w nosie zamarza, a babuleńka na rynku w Świrze oferuje skarpety „z sobaki” za jedyne 3 tysiące rubli (6 złotych). Drogi niby odśnieżone, ale cały krajobraz przypomina raczej początek stycznia, niż ten początek grudnia, który rano zostawiliśmy w Warszawie – ślisko, zaspy, pola pokryte płaszczem bieli aż po horyzont. Wybieramy pierwszą chałupę – po obejściu kręci się jakiś etnograficznie perspektywiczny dziadek w kufajce. „ Jakub Wędrowycz we własnej osobie” – myślę, gdy podchodzi do furtki, po czym spostrzegam w jego ręku siekierę i zaczynam myśleć tylko o tym, jak powstrzymać nagłą chęć ucieczki. Przedstawiamy się, mówimy, że chcielibyśmy porozmawiać, dziadek twierdzi, że jest stary i nic nie wie i odwraca się plecami. „Ładny początek” – mruczy pod nosem Jerzy.
Chodzimy po Narewce, pukając od chaty do chaty. Chaty są stare, drewniane, zwykle pomalowane na żółto, ale w większości wymieniono okna na plastikowe, a na dachach widać talerze satelitarne. W jednej z nich, na końcu wioski, wita nas starsze małżeństwo i od razu proponuje wejście do środka i szklankę czaju. Oboje mówią po białorusku, ale kiedy on dowiaduje się, że my studenty z Warszawy, stwierdza, że nie będzie mówił po naszemu, a po oficjalnemu. Siedzimy w chacie dwie godziny, dziadek jednak mimowolnie przechodzi na białoruski. Wypytujemy o szeptunów okolicznych, o zamowy, o magię. Szeptun, szeptucha – to ktoś w rodzaju magicznego znachora, osoba obdarzona mocą i wiedzą, dzięki której może zamawiać choroby – czyli magiczno – religijnymi formułami leczyć ludzi i zwierzęta. Z perspektywy opowiadania o tym w Warszawie można sobie myśleć o tym jako o swoistym placebo podawanym ludziom. Z perspektywy siedzenia w chacie w Narewce wszelkie sądy są nieistotne. Oni wierzą. A ja wiem, że trzeciego dnia w terenie łatwo przechodzi się na druga stronę i pójście po zmroku do miejscowej czarownicy, która umie rzucać złe uroki, nie jest takie proste.
I tak sobie gaworzymy beztrosko. Nasi rozmówcy są starzy i schorowani, ale wyczuwa się w nich niezmąconą pogodę ducha. Rozmowa etnograficzna zbacza na tematy czysto ludzkie. Wychodzimy z poczuciem dobrej rozmowy i nie jest ważne, że nie przerobiliśmy całego kwestionariusza. Kolejna chata, kolejne małżeństwo – on ma 89 lat, ona 87. On – przygłuchy, nie rozumie, o co nam chodzi, więc wygłasza długi monolog o tym , że powinniśmy iść do swoich, bo katolikom ksiądz nie pozwala się bratać z prawosławnymi a oni granicą oddzieleni od swoich. Ona krzyczy na niego, żeby głupstw nie mówił. Po krótkiej wymianie zdań wyrzucają nas z chaty z tekstem „pamiętajcie, starych ludzi nie mordujcie”. Uznajemy to za puentę wyjazdu i kierujemy się w stronę przystanku, po drodze zakupując piwo na ukojenie etnograficznej depresji. Idziemy ze spuszczonymi głowami przez wioskę na końcu świata, a ja myślę sobie o tym , co poprzedni rozmówcy opowiadali mi o swoich pielgrzymkach na świętą górę Grabarkę, górę krzyży. I że całkiem niedaleko siedemdziesiąt lat temu prorok Ilja budował miasto – centrum świata, Wierszalin, raj na ziemi. Tu jest mimo wszystko raj – raj z całą ludzką ufnością i nieufnością, raj z cerkwią po jednej stronie i kościołem po drugiej. I staje mi przed oczami obrazek dowodzący, że mimo wszystko ten ostatni dziadek nie miał racji. Obrazek wygląda następująco – zima dwa lata temu, początek stycznia, poranny autobus PKS relacji Sejny – Suwałki. Wracam półprzytomna z Ośrodka Pogranicze (cała noc oglądałam filmy w Białej Synagodze w Sejnach) i nagle słyszę śpiew dobiegający gdzieś z końca autobusu. Próbuję rozpoznać słowa i uświadamiam sobie, że dzisiaj jest prawosławne Boże Narodzenie, bo słyszę Boh rodziłsja. Za chwilę z lewej strony dobiega Swentis Naktis – to śpiewają Litwini. I nagle sama śpiewam Gdy się Chrystus. Autobus toczył się zaśnieżonymi drogami, ludzie pozdrawiają się nawzajem – Szczasliwa, Is Dievos, z Bogiem. Nie miał racji. Depresja etnograficzna mija, pokora i szacunek zostają.
Wracamy do Hajnówki. Jerzy sprawdza dyktafon i nagle wyłącza nagranie, mówiąc, że nie będzie mógł przepisywać tej rozmowy. Wiemy dlaczego – ona wciąż jest w nas, zbyt żywa. Asia chce zostać, zrobić jeszcze kilka wywiadów, przy czym świetnie wie, że to nie chodzi o zrobienie kwestionariusza do końca. Śmiejemy się, że ów krzyżyk na mapie oznacza „skreślona przez etnografów”. Reszta ekipy wraca z terenu zziębnięta i zachwycona; pytają, kiedy znowu pojedziemy. Zuza, nasza szefowa, uśmiecha się wyrozumiale i szepcze do mnie konfidencjonalnie „zobacz, jak się wkręcili”. I faktycznie, wychodząc z dworca Warszawa - Śródmieście, na widok jakiegoś dziadka mijanego na schodach jedna z panien, która bała się tego wyjazdu, zastanawia się głośno: „Hmmm...nie dałoby się z nim zrobić jakiegoś wywiadu?”
Koniec świata, centrum świata. Nie trzeba daleko jechać.
piątek, grudnia 05, 2003
Przepraszam, to co w tle, to chata jakaś ma być? Mnie się wydaje, że to raczej wariacje na temat drutów obozowych. W pierwszym momencie pomyślałam , że nieświadomie wlazłam na jakąś stronę o Holocauście, albo że przez takie obrazki ściga mnie wirtualnie moja promotorka, bo wciąż jej nie oddałam drugiego rozdziału pracy mag.(teoretycznie traktującego o cudzoziemcach w getcie warszawskim).
Dobra, żeby nie było, że strasznie wrzeszczę, zapytam sobie na koniec (refleksyjnie) - czy aż tak nastrojowo jest tej jesieni, Panowie?
Dobra, żeby nie było, że strasznie wrzeszczę, zapytam sobie na koniec (refleksyjnie) - czy aż tak nastrojowo jest tej jesieni, Panowie?
niedziela, listopada 30, 2003
Mariusz Wilk z północy Rosji otumanionej wódą przesłanie daje jasne i do myślenia skłaniające wszystkich poza eurokratami:
"Bo dla mnie wszystkie religie, okrom tych, które nawołują do walki z innowiercami, są jednako bliskie: od szamanizmu Saamów do milczącej reguły Thomasa Mertona. W religii (jak i w sztuce) podziwiam wzlot ludzkiego ducha, czy to będzie bizantyjska ikona, czy lamajska thanka, cerkiew Przemienienia Pańskiego na Kiży czy katedra Notre Dame w Paryżu, wiersze Chuang Tzu, psalmy Dawida czy "Tryptyk rzymski" rzymskiego papieża. Jeśli bowiem odrzucimy sacrum, jak to próbowali zrobić bolszewicy, to pozostanie nam wóda i brednia, wystarczy spojrzeć dokoła. Dlatego zanim w turystykę zaczniemy się tu bawić jak Jura Naumow albo plenery dla artystów tworzyć jak Galina Skworcowa, nie mówiąc o dobywaniu uranu, o czym marzy Deribaska, najpierw należy przywrócić tutejszemu pejzażowi jego sakralny wymiar. Duchem tu się zakorzenić. Myślę...
-... to niebezpieczne - wtrącił ojciec Nikołaj - lepiej się pomodlić, w czasowni wszystko gotowe".
Czasownia to tyle, co kaplica. A w znaczenia o ileż bogatsza...
"Bo dla mnie wszystkie religie, okrom tych, które nawołują do walki z innowiercami, są jednako bliskie: od szamanizmu Saamów do milczącej reguły Thomasa Mertona. W religii (jak i w sztuce) podziwiam wzlot ludzkiego ducha, czy to będzie bizantyjska ikona, czy lamajska thanka, cerkiew Przemienienia Pańskiego na Kiży czy katedra Notre Dame w Paryżu, wiersze Chuang Tzu, psalmy Dawida czy "Tryptyk rzymski" rzymskiego papieża. Jeśli bowiem odrzucimy sacrum, jak to próbowali zrobić bolszewicy, to pozostanie nam wóda i brednia, wystarczy spojrzeć dokoła. Dlatego zanim w turystykę zaczniemy się tu bawić jak Jura Naumow albo plenery dla artystów tworzyć jak Galina Skworcowa, nie mówiąc o dobywaniu uranu, o czym marzy Deribaska, najpierw należy przywrócić tutejszemu pejzażowi jego sakralny wymiar. Duchem tu się zakorzenić. Myślę...
-... to niebezpieczne - wtrącił ojciec Nikołaj - lepiej się pomodlić, w czasowni wszystko gotowe".
Czasownia to tyle, co kaplica. A w znaczenia o ileż bogatsza...
Wszystkie poranki świata mijają bezpowrotnie. "Wszystkie poranki świata" - ten film, widziany już lat temu naście, zrobił na mnie znowu wielkie wrażenie. Muzyka Sainte-Colombe'a i Marin- Marais, jak zresztą wynika z jednego z dialogów, przywołuje zmarłych. I trwa, granicząc z nicością. Tak jak malarstwo barokowe.
sobota, listopada 29, 2003
Może być? Jak będziecie mieć chwilę czasu, to zróbcie jakieś czary-mary z linkami (np z "napisz"), bo ja nie umiem. Mam już kopię tego, co jest, więc jak się sypnie znowu, to bez tragedii. Wersja obecna jest może trochę surowsza, ale liczy się przede wszystkim TREŚĆ. Maciek, jeśli masz kopię poprzednie wersji, to wprowadź poprawki, ale i bez nich chyba może być. Chyba że chcesz powygładzać to i owo.
Abnuk, więc co, kolacyjka o trzeciej nad ranem?:)
Abnuk, więc co, kolacyjka o trzeciej nad ranem?:)
Ja wczoraj miałem w nocy wielki zalew - tak to określił mój syn. Zbieraliśmy wodę, nagle obudzeni, do trzeciej nad ranem. Dziś padł blog, do którego ja i paru moich dobrych znajomych jakoś się przywiązaliśmy. Nie chcę być złym prorokiem, ale ten rok, z mojego subiektywnego punktu widzenia, nie wygląda najlepiej. Już parę osób mi powiedziało: ten rok musi się się skończyć. No dobrze, tylko jak?
środa, listopada 26, 2003
czerski zmienił image (proszę to wymawiać tak, jak w ojczyźnie Dantona!). Dopiero teraz zauważyłem, zapóźniam się w necie, jak wszyscy chyba. My pozostaniemy konserwatywni (?), bo coś musi trwać, aby zmieniać mogło się coś. Chyba że adminom zachce się inaczej. To się właśnie nazywa wolność.
Żona moja była w Krakowie i powiedziała, że tam mgła straszna. Obawiamy się, że mecz z drwalami z Norwegii może się nie odbyć. A mój syn ma już koszulkę Macieja Żurawskiego. Pomóż, droga redakcjo:)
Żona moja była w Krakowie i powiedziała, że tam mgła straszna. Obawiamy się, że mecz z drwalami z Norwegii może się nie odbyć. A mój syn ma już koszulkę Macieja Żurawskiego. Pomóż, droga redakcjo:)
wtorek, listopada 25, 2003
Potrzeba poezji skrojonej na ludzką miarę. Nasz dystans do wieszczów (przy całym szacunku, Panowie, kapelusze z głów!) wynika z poszukiwań wspólnoty doświadczeń. Jeśli wadzenie się z Bogiem, to tu i teraz: dom po lasem, polana, nasyp kolejowy, osiedle, tramwaj, autobus, rynek, znów spacer gdzieś na przedmieściach, chaszcze i chaos... I oto mamy poetę! Jego dykcja wypływa z bliskich mi rejestrów: z Schulza i Leśmiana, a ponadto z Paska, Baki, może nawet z Reja. Sarmatyzm? A jakże! I czujemy, że choć w pustce, jednak nie jesteśmy sami. I jeszcze mitologia dzieciństwa, Włóczykij z kapeluszem i plecakiem, odwiedzający Dolinę.
Już nie ględzę, czytajcie:
Jarosław Marek Rymkiewicz
Stary kapelusz, plecak, wiatr, nocny wędrowiec
[...] und ich gäbe mein bißchen Haus
und Glück und Behagen gern für einen
alten Hut und Ranzen, um noch einmal
die Welt zu grüßen und mein Heimweh
über Wasser und Land zu tragen
Hermann Hesse, Bodensee. Im Philisterland (1904)
Stary kapelusz plecak wiatr i wędrowanie
Może tędy do Boga ktoś z nas się dostanie
Tędy przez krzaki jeżyn podmiejskie śmietniska
Jeśli Bóg tutaj chodzi to nas widzi z bliska
Tędy obok kolejki w chwastach po nasypie
Tam gdzie spóźniona jesień czarne liście sypie
Czy widzisz – przy mnie idą koty jeż półżywy
Sucha jabłoń klon ścięty złamane pokrzywy
Dwie kawki pogubione klon ścięty za młodu
I jeszcze coś co żyło w ciemnościach ogrodu
Z kotów Żółtek umarły oraz Psotka żywa
I Figiel ten co Żółtka żałośnie przyzywa
Tam na prawo mieszkają Małgosia i Ania
Bóg gdzieś jest ale wielka chmura go zasłania
Idą także migdałek trzy brzózki schorzałe
Stara sosna i wrzosy choć to dzieci małe
Kwacze Żółtek i Figiel bo głos mają kaczy
Biegną przodem kto pierwszy z nich Boga zobaczy
Przez wiadukt i na lewo przy dziurawym płocie
Suchy jaśmin sosenki jedno widmo kocie
Idę z nimi coś sobie nucę z Zaratustry
Chmury wiszą na niebie jak skrwawione chusty
Nie wiemy czy Bóg blisko czy daleko mieszka
I gdzie – czy to do Boga prowadzi ta ścieżka
Przez jesień mego życia idziemy pomału
To co z życia zostanie będzie do podziału
To co niosę na rękach to jest kocię młode
Mała gwiazdka nam wróży przyjemną pogodę
styczeń 2000
Już nie ględzę, czytajcie:
Jarosław Marek Rymkiewicz
Stary kapelusz, plecak, wiatr, nocny wędrowiec
[...] und ich gäbe mein bißchen Haus
und Glück und Behagen gern für einen
alten Hut und Ranzen, um noch einmal
die Welt zu grüßen und mein Heimweh
über Wasser und Land zu tragen
Hermann Hesse, Bodensee. Im Philisterland (1904)
Stary kapelusz plecak wiatr i wędrowanie
Może tędy do Boga ktoś z nas się dostanie
Tędy przez krzaki jeżyn podmiejskie śmietniska
Jeśli Bóg tutaj chodzi to nas widzi z bliska
Tędy obok kolejki w chwastach po nasypie
Tam gdzie spóźniona jesień czarne liście sypie
Czy widzisz – przy mnie idą koty jeż półżywy
Sucha jabłoń klon ścięty złamane pokrzywy
Dwie kawki pogubione klon ścięty za młodu
I jeszcze coś co żyło w ciemnościach ogrodu
Z kotów Żółtek umarły oraz Psotka żywa
I Figiel ten co Żółtka żałośnie przyzywa
Tam na prawo mieszkają Małgosia i Ania
Bóg gdzieś jest ale wielka chmura go zasłania
Idą także migdałek trzy brzózki schorzałe
Stara sosna i wrzosy choć to dzieci małe
Kwacze Żółtek i Figiel bo głos mają kaczy
Biegną przodem kto pierwszy z nich Boga zobaczy
Przez wiadukt i na lewo przy dziurawym płocie
Suchy jaśmin sosenki jedno widmo kocie
Idę z nimi coś sobie nucę z Zaratustry
Chmury wiszą na niebie jak skrwawione chusty
Nie wiemy czy Bóg blisko czy daleko mieszka
I gdzie – czy to do Boga prowadzi ta ścieżka
Przez jesień mego życia idziemy pomału
To co z życia zostanie będzie do podziału
To co niosę na rękach to jest kocię młode
Mała gwiazdka nam wróży przyjemną pogodę
styczeń 2000
sobota, listopada 22, 2003
Listopad tego roku bardzo niewiele niesie opadającego czasu. Kładę się spać i budzę niewyspany, jest chyba zbyt ciepło. Wieczorami powinniśmy zakładać, a nie zdejmować ubranie. Książki powinny oddychać szronem. Wszak należymy do ludów Północy, choć może naszym przodkom pomyliły się kierunki migracji. Być Polakiem czy Chorwatem, a może Grekiem - gdybyśmy mogli dokonać wyboru... Zimny dotyk Bałtyku czy łagodny szum Morza Wewnętrznego? Nie mogę pozbyć się wrażenia, że miejsce, w którym żyjemy, to pomyłka. Ale z drugiej strony patrząc: nie ma innej Ziemi Obiecanej. Dlatego tęsknię do śniegu.
piątek, listopada 21, 2003
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy się ucieszą.
Ja się ucieszyłem ^_^
A tak poza tym: jakoś ostatnio nie miałem za bardzo na nic czasu (a zwłaszcza na pisanie na bloga). Przez dwa ostatnie miałem laborkę z TSI, kolokwium z probabilistyki i jeszcze prodżekta z algorytmów musiałem napisać...
Wczoraj (a raczej dzisiaj) zasnąłem (a raczej przysnąłem) około 5:30, a wstałem o 7:00. Tak wiec zaraz idę spać.
Ehh... No ale może jak już się wyśpię to coś stworzę :)
Ja się ucieszyłem ^_^
A tak poza tym: jakoś ostatnio nie miałem za bardzo na nic czasu (a zwłaszcza na pisanie na bloga). Przez dwa ostatnie miałem laborkę z TSI, kolokwium z probabilistyki i jeszcze prodżekta z algorytmów musiałem napisać...
Wczoraj (a raczej dzisiaj) zasnąłem (a raczej przysnąłem) około 5:30, a wstałem o 7:00. Tak wiec zaraz idę spać.
Ehh... No ale może jak już się wyśpię to coś stworzę :)
Co tu tak pusto? Wszyskich dopadła depresja jesienna, czy jak? W Warszawie dzisiaj ładne całkiem słońce, taksówkarze nie strajkują, pielegniarki i górnicy tez nie, więc nic, tylko się cieszyć (szczególnie ci, którzy nie mają magisterki na głowie...) !!! Co do szalonych okresów, to potwierdzają one złotą maksymę, że jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje na amen, a jak się dzieje, to człek nie wie, co, gdzie i kiedy. A wtedy się marzy o powrocie do błogich pól ciechanowskich (miałam taką wizję ostatnio podczas czterodniowego maratonu wykładów o współczesnej kulturze litewskiej: trwało to czwartek - niedziela 9 - 17 i momentami było świetne, ale momentami synapsy odmawiały posłuszeństwa...).Na wszelakie smutki i zrelaksowanie z lektur polecam świętą książkę zapaleńców z moich okolic uniwersyteckich, czyli "Niewinnego Antropologa" Barleya. Książka jest pyszna - etnolog w afrykańskiej głuszy, dla którego najcenniejszą informacją z badań terenowych jest wiedza, ile piwa trzeba wlać w naczelnika wioski, żeby zaczął składnie mówić tudzież obiecał naprawić chatynkę badacza.
Abnuk, ile płacisz tym krwiożercom z Aster? Zastanawiałam się nad nimi, ale mi wyszło, że chyba lepiej do nielegalnej spółki włączyć paru nieletnich sąsiadów...Chyba, że się coś zmieniło, więc pytam...
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy się ucieszą.
Abnuk, ile płacisz tym krwiożercom z Aster? Zastanawiałam się nad nimi, ale mi wyszło, że chyba lepiej do nielegalnej spółki włączyć paru nieletnich sąsiadów...Chyba, że się coś zmieniło, więc pytam...
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy się ucieszą.
środa, listopada 12, 2003
Powiedziałbym, że nie tylko polonisty. Gratulacje z powodu przejscia "Cząstek elementarnych" - mnie się nie udało.
A do czytania polecam moje odkrycie ostatnich kilku miesięcy - słowo daję, nic mnie tak nie zakręciło od czasów co najmniej Przerabiania Klasyki - czyli Pereca "Życie. Instrukcja obsługi". Grube, trochę drogie, ale warto mieć. Facet męczył sie pisząc bodaj 12 lat, rzecz jest skonstruowana jak puzzle...ale trzeba uzywać konika szachowego. Ksiązka jest genialna - i faktycznie jest instrukcją obsługi. Refleksją. Obserwacją. Czym tam komu się zachce.
Z obserwacji inszych (zanim jutro do wielkiego miasta trza będzie wrócić) - z pól zimą już lekko zalatuje. Ostry zapach spalonych liści z nutą mrozu.
A do czytania polecam moje odkrycie ostatnich kilku miesięcy - słowo daję, nic mnie tak nie zakręciło od czasów co najmniej Przerabiania Klasyki - czyli Pereca "Życie. Instrukcja obsługi". Grube, trochę drogie, ale warto mieć. Facet męczył sie pisząc bodaj 12 lat, rzecz jest skonstruowana jak puzzle...ale trzeba uzywać konika szachowego. Ksiązka jest genialna - i faktycznie jest instrukcją obsługi. Refleksją. Obserwacją. Czym tam komu się zachce.
Z obserwacji inszych (zanim jutro do wielkiego miasta trza będzie wrócić) - z pól zimą już lekko zalatuje. Ostry zapach spalonych liści z nutą mrozu.
poniedziałek, listopada 10, 2003
Czytam także książkę Michała Pawła Markowskiego"Nietzsche. Filozofia interpretacji". Taki już los polonisty, właściwie każdy post mógłby (powinien) się zaczynać stwierdzeniem "czytam...". Nie czynię nikomu wyrzutów, każdy czyta, co uważa za ważne.
Niebo zaś wieczorami zasnuwa pomarańczowa mgła...
Niech to będzie dzienniczek lektur/obserwacji/refleksów. Niech nie przepadną!
Niebo zaś wieczorami zasnuwa pomarańczowa mgła...
Niech to będzie dzienniczek lektur/obserwacji/refleksów. Niech nie przepadną!
Współczesna fizyka, a właciwie bio-fizyka jest dla autora powieści, którą czytam, pretekstem dla snucia refleksji poważniejszych, tzn. egzystencjalnych. Rozumiem jednak istotę omyłki: świat, w którym żyjemy, rozłazi się w szwach, słowa obrastają znaczeniami, których desygnaty pozostają semantyczną mgławicą, a sensu spoza nich wystaje naprawdę niewiele. Jednak powieść, o której piszę, głupia nie jest i to powinno być najlepszą dla niej rekomendacją, choć jej przesłanie przygnębia.
Mam taką prywatną weryfikację jakości powieści: dobra powinna sprawiać przyjemność, może być chorobliwa, byle była. "Cząstki elementarne" jednak nie sprawiają przyjemności, niech będą zatem ważnym wyjątkiem od reguły.
Mam taką prywatną weryfikację jakości powieści: dobra powinna sprawiać przyjemność, może być chorobliwa, byle była. "Cząstki elementarne" jednak nie sprawiają przyjemności, niech będą zatem ważnym wyjątkiem od reguły.
wtorek, listopada 04, 2003
Nie do końca zrozumiałem poprzedni post... ale przypomniała mi się moja ulubiona książka o cząstkach elementarnych:
Boska cząstka (Jeśli wszechświat jest odpowiedzią, to jak brzmi pytanie). Nazwisko autora nie jest chyba nawet takie trudne: Leon Lederman, laureat nagrody Nobla. Polecam, bo bardzo dobrze się czyta i nie trzeba być geniuszem z fizyki żeby zrozumieć.
Boska cząstka (Jeśli wszechświat jest odpowiedzią, to jak brzmi pytanie). Nazwisko autora nie jest chyba nawet takie trudne: Leon Lederman, laureat nagrody Nobla. Polecam, bo bardzo dobrze się czyta i nie trzeba być geniuszem z fizyki żeby zrozumieć.
poniedziałek, listopada 03, 2003
Jeszcze jedno: czytam właśnie Cząstki elementarne autora, którego nazwisko fonetycznie nawet dla znających francuski jest zagadką i powiem wam, że pewnie prawdę mówi, a jeśli prawdę mówi, to lepiej było się urodzić nad Wisłą niż gdzie indziej, choć to dla wielu brzmi jak herezja, lepiej jednak tu, bo tu jeszcze trochę jest normalnie i będzie jeszcze przez lat kilka, a potem to już chyba trzeba będzie uciekać, tylko gdzie? Na wschód, tropem Wilka? Bajkał od dzieciństwa był dla mnie mitem, a Kamczatka to już Saturn... Czy na Zachód, ale ten daleki? W takich chwilach dotkliwie odczuwam, że życie na powierzchni kuli to życie w więzieniu.
Kto wymyślił tę przestrzeń?
Na szczęscie są jeszce mikrowymiary, np. zakamarki domu dzieciństwa albo zakątki domu snów. I ten fotel w pokoju z książkami gdzieś na orbicie wszystkiego.
Kto wymyślił tę przestrzeń?
Na szczęscie są jeszce mikrowymiary, np. zakamarki domu dzieciństwa albo zakątki domu snów. I ten fotel w pokoju z książkami gdzieś na orbicie wszystkiego.
Maćku! Najpierw był adres, potem idea strony, a admin hosta (o biedna polszczyzno!:)) mieszka w Krakowie, więc już tak zostało. Kto chce, ten trafi, choć masz rację: w tym powszechnym pierdzielniku jakiś strzęp porządku by się przydał. Jak admina hosta (o tempora!) spotkam, to mu powiem, żeby wprowadził korektę.
Znowu oglądałem "Piękny umysł"!
Znowu oglądałem "Piękny umysł"!
niedziela, listopada 02, 2003
Krasiniak.info
Mam pytanko na temat tej strony. Je?li strona reklamuje si? i jest reklamowana jako krasiniak.info, to dlaczego nie dziala http://krasiniak.info?
Mam pytanko na temat tej strony. Je?li strona reklamuje si? i jest reklamowana jako krasiniak.info, to dlaczego nie dziala http://krasiniak.info?
sobota, listopada 01, 2003
środa, października 29, 2003
A mówiłem Wam, ze Bagiński przypomina mi skrzyżowanie Nuandy i Abnuka? Z gadki taki bardziej Nuand, z wyglądu Abnuk. Albo odwrotnie:). Pan Bóg dysponuje chyba skończoną liczbą typów ludzkich, a potem bawi się już tylko kombinacją materiału wyjściowego.
"Nowo otwartej" i "z zagranicy" - to w ramach doradztwa ortograficznego.
A co się z Wodzostwem dzieje? Na listy nie odpowiada, cisza, że aż piszczy w uszach. Czyżby został kanadyjkarzem już na amen?
"Nowo otwartej" i "z zagranicy" - to w ramach doradztwa ortograficznego.
A co się z Wodzostwem dzieje? Na listy nie odpowiada, cisza, że aż piszczy w uszach. Czyżby został kanadyjkarzem już na amen?
niedziela, października 26, 2003
Sprostujmy: Maciek próbował do mnie ostatnio mówić nawet "torze", a to jest skrót od "dyrektorze". Nic to, jak mawiał pewien mały rycerz, przyjdzie się rozstać z Autorytetem, niech mu ziemia lekką będzie:). Ogłaszam wszem i wobec: można mnie tykać bezkarnie, gryźć nie będę.
Co do masek: jeśli uważasz to moje skromne zdanko za komplikowanie spraw prostych, to zapraszam do lektury dwóch tomów "Masek" z serii gdańskich Transgresji. 600 stron wypisów z różnych tekstów i zapisów dyskusji, w których roiło się od utytułowanych wypowiadaczy sądów równie interesujących co skomplikowanych:).
Rozumiem, że po tych pięciu litrach (na ilu, że zapytam z niezdrowej ciekawości?) siadacie za klawiaturami i tworzycie programy, które w momencie tworzenia zdają się wam genialne, prostsze i wydajniejsze niż wszystko, co do tej pory napisano, a kiedy się budzicie, okazuje się, że komputer odmawia startu, bo wykastrowaliście szlachetnego XP lub jeszcze szlachetniejszego Linuxa:) Mieliśmy na studiach to samo tylko z poezją lub manifestami literackimi.
We wczorajszej "Rzepie" dużo piszą o Rosjanach, a my ich bracia w rodzinie słowiańskiej, a wrogowie polityczno-religijni, więc poczytać warto. I taki kawałek: Rosjanin budzi się na kacu i stwierdza, że Boga nie ma, wieczorem znów Boga odnajduje, rano stwierdza jednak obecność pustki po Bogu, wieczorem znów jest z Bogiem za pan brat. W takim rytmie drga rosyjska dusza. Anegdotę tę trzeba opowiadać wszystkim czytelnikom Dostojewskiego, jako wprowadzenie, zamiast uczonych wstępów.
Nareszcie się wyspałem. Taka nadprogramowa godzina powinna być raz w tygodniu! Miłej niedzieli!
Co do masek: jeśli uważasz to moje skromne zdanko za komplikowanie spraw prostych, to zapraszam do lektury dwóch tomów "Masek" z serii gdańskich Transgresji. 600 stron wypisów z różnych tekstów i zapisów dyskusji, w których roiło się od utytułowanych wypowiadaczy sądów równie interesujących co skomplikowanych:).
Rozumiem, że po tych pięciu litrach (na ilu, że zapytam z niezdrowej ciekawości?) siadacie za klawiaturami i tworzycie programy, które w momencie tworzenia zdają się wam genialne, prostsze i wydajniejsze niż wszystko, co do tej pory napisano, a kiedy się budzicie, okazuje się, że komputer odmawia startu, bo wykastrowaliście szlachetnego XP lub jeszcze szlachetniejszego Linuxa:) Mieliśmy na studiach to samo tylko z poezją lub manifestami literackimi.
We wczorajszej "Rzepie" dużo piszą o Rosjanach, a my ich bracia w rodzinie słowiańskiej, a wrogowie polityczno-religijni, więc poczytać warto. I taki kawałek: Rosjanin budzi się na kacu i stwierdza, że Boga nie ma, wieczorem znów Boga odnajduje, rano stwierdza jednak obecność pustki po Bogu, wieczorem znów jest z Bogiem za pan brat. W takim rytmie drga rosyjska dusza. Anegdotę tę trzeba opowiadać wszystkim czytelnikom Dostojewskiego, jako wprowadzenie, zamiast uczonych wstępów.
Nareszcie się wyspałem. Taka nadprogramowa godzina powinna być raz w tygodniu! Miłej niedzieli!
Wklejać, nie wklejać, oto jest pytanie? Młodzi poeci krakowscy, młodzi neolingwisci warszawscy pewnie by się obruszyli: "po co nam starzec-poeta?"
Właśnie dlatego jest jednak potrzebny, wszak pamięć i mądrość trwają dzięki starcom lub na przekór nim, ale nigdy bez nich:
CZESŁAW MIŁOSZ
Orfeusz i Eurydyka
Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu
Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,
Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,
Miotał się w liściach drzew. Światła aut
Za każdym napływem mgły przygasały.
Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny
Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.
Pamiętał jej słowa: „Jesteś dobrym człowiekiem”.
Nie bardzo w to wierzył. Liryczni poeci
Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.
To niemal warunek. Doskonałość sztuki
Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo.
Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała.
Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie.
Nie mógł jej zawieść teraz, kiedy umarła.
Pchnął drzwi. Szedł labiryntem korytarzy, wind.
Sine światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem.
Elektroniczne psy mijały go bez szelestu.
Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół.
Marzł. Miał świadomość, że znalazł się w Nigdzie.
Pod tysiącami zastygłych stuleci,
Na prochowisku zetlałych pokoleń,
To królestwo zdawało się nie mieć dna ni kresu.
Otaczały go twarze tłoczących się cieni.
Niektóre rozpoznawał. Czuł rytm swojej krwi.
Czuł mocno swoje życie razem z jego winą
I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło.
Ale oni stracili zdolność pamiętania.
Patrzyli jakby obok, na tamto obojętni.
Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną.
Niósł w niej muzykę ziemi przeciw otchłani,
Zasypującej wszelkie dźwięki ciszą.
Muzyka nim władała. Był wtedy bezwolny.
Poddawał się dyktowanej pieśni, zasłuchany.
Jak jego lira, był tylko instrumentem.
Aż zaszedł do pałacu rządców tej krainy.
Persefona, w swoim ogrodzie uschniętych grusz i jabłoni,
Czarnym od nagich konarów i gruzłowatych gałązek,
A tron jej, żałobny ametyst, słuchała.
Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni.
O dymiącej wodzie różanego brzasku.
O kolorach: cynobru, karminu,
sieny palonej, błękitu,
O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał.
O ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu.
O smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów.
O locie jaskółki, locie sokoła, dostojnym locie stada
pelikanów nad zatoką.
O zapachu naręczy bzu w letnim deszczu.
O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci
I żadnym swoim rymem nie sławił nicości.
Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,
Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić.
Będzie tobie wrócona. Jest jednak warunek.
Nie wolno ci z nią mówić. I w powrotnej drodze
Oglądać się, żeby sprawdzić, czy idzie za tobą.
I Hermes przyprowadził Eurydykę.
Twarz jej nie ta, zupełnie szara,
Powieki opuszczone, pod nimi cień rzęs.
Posuwała się sztywno, kierowana ręką
Jej przewodnika. Wymówić jej imię
Tak bardzo chciał, zbudzić ją z tego snu.
Ale wstrzymał się, wiedząc, że przyjął warunek.
Ruszyli. Najpierw on, a za nim, ale nie zaraz,
Stukanie jego sandałów i drobny tupot
Jej nóg spętanych suknią jak całunem.
Stroma ścieżka pod górę fosforyzowała
W ciemności, która była jak ściany tunelu.
Stawał i nasłuchiwał. Ale wtedy oni
Zatrzymywali się również, nikło echo.
Kiedy zaczynał iść, odzywał się ich dwutakt,
Raz, zdawało mu się, bliżej, to znów dalej.
Pod jego wiarą urosło zwątpienie
I oplatało go jak chłodny powój.
Nie umiejący płakać, płakał nad utratą
Ludzkich nadziei na z martwych powstanie,
Bo teraz był jak każdy śmiertelny,
Jego lira milczała i śnił bez obrony.
Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.
I długo miała trwać niepewna jawa
Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.
Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.
Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.
Właśnie dlatego jest jednak potrzebny, wszak pamięć i mądrość trwają dzięki starcom lub na przekór nim, ale nigdy bez nich:
CZESŁAW MIŁOSZ
Orfeusz i Eurydyka
Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu
Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,
Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,
Miotał się w liściach drzew. Światła aut
Za każdym napływem mgły przygasały.
Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny
Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.
Pamiętał jej słowa: „Jesteś dobrym człowiekiem”.
Nie bardzo w to wierzył. Liryczni poeci
Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.
To niemal warunek. Doskonałość sztuki
Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo.
Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała.
Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie.
Nie mógł jej zawieść teraz, kiedy umarła.
Pchnął drzwi. Szedł labiryntem korytarzy, wind.
Sine światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem.
Elektroniczne psy mijały go bez szelestu.
Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół.
Marzł. Miał świadomość, że znalazł się w Nigdzie.
Pod tysiącami zastygłych stuleci,
Na prochowisku zetlałych pokoleń,
To królestwo zdawało się nie mieć dna ni kresu.
Otaczały go twarze tłoczących się cieni.
Niektóre rozpoznawał. Czuł rytm swojej krwi.
Czuł mocno swoje życie razem z jego winą
I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło.
Ale oni stracili zdolność pamiętania.
Patrzyli jakby obok, na tamto obojętni.
Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną.
Niósł w niej muzykę ziemi przeciw otchłani,
Zasypującej wszelkie dźwięki ciszą.
Muzyka nim władała. Był wtedy bezwolny.
Poddawał się dyktowanej pieśni, zasłuchany.
Jak jego lira, był tylko instrumentem.
Aż zaszedł do pałacu rządców tej krainy.
Persefona, w swoim ogrodzie uschniętych grusz i jabłoni,
Czarnym od nagich konarów i gruzłowatych gałązek,
A tron jej, żałobny ametyst, słuchała.
Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni.
O dymiącej wodzie różanego brzasku.
O kolorach: cynobru, karminu,
sieny palonej, błękitu,
O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał.
O ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu.
O smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów.
O locie jaskółki, locie sokoła, dostojnym locie stada
pelikanów nad zatoką.
O zapachu naręczy bzu w letnim deszczu.
O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci
I żadnym swoim rymem nie sławił nicości.
Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,
Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić.
Będzie tobie wrócona. Jest jednak warunek.
Nie wolno ci z nią mówić. I w powrotnej drodze
Oglądać się, żeby sprawdzić, czy idzie za tobą.
I Hermes przyprowadził Eurydykę.
Twarz jej nie ta, zupełnie szara,
Powieki opuszczone, pod nimi cień rzęs.
Posuwała się sztywno, kierowana ręką
Jej przewodnika. Wymówić jej imię
Tak bardzo chciał, zbudzić ją z tego snu.
Ale wstrzymał się, wiedząc, że przyjął warunek.
Ruszyli. Najpierw on, a za nim, ale nie zaraz,
Stukanie jego sandałów i drobny tupot
Jej nóg spętanych suknią jak całunem.
Stroma ścieżka pod górę fosforyzowała
W ciemności, która była jak ściany tunelu.
Stawał i nasłuchiwał. Ale wtedy oni
Zatrzymywali się również, nikło echo.
Kiedy zaczynał iść, odzywał się ich dwutakt,
Raz, zdawało mu się, bliżej, to znów dalej.
Pod jego wiarą urosło zwątpienie
I oplatało go jak chłodny powój.
Nie umiejący płakać, płakał nad utratą
Ludzkich nadziei na z martwych powstanie,
Bo teraz był jak każdy śmiertelny,
Jego lira milczała i śnił bez obrony.
Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.
I długo miała trwać niepewna jawa
Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.
Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.
Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.
sobota, października 25, 2003
b rh+, niestety. Mój ojciec ma zero, o ile się nie mylę. Może inny wampir sie pożywił? Już parę litrów ze mnie wyciekło:).
Też zauważyłem to Radiohead w Vanilla Sky. Akapit był a propos maski: maska nas zmienia, jesteśmy tym, kim nie jesteśmy, więc jeszcze bardziej w masce jesteśmy sobą. Taki mały paradoksik, przed snem, żeby nas męczył. A tłumaczę się, bo czuję pewną niestosowność pisania o sztuce (filmie, literaturze, muzyce) w obliczu zupełnie realnych faktów egzystencji. Sam to sobie od razu tłumaczę, bo wiem, że sztuka to życie, ale o wybaczenie proszę tych, którzy prezentują pogląd zgoła odmienny, na przykład że sztuka to udawanie i bzdura, a tylko życie ma wartość wymierną i dotkliwą. Tyle tytułem wyjaśnienia.
Zwracam honor. Zupka wyglada całkiem apetycznie, ale nie umywa się jednak do takiego tatara na przykład!
Też zauważyłem to Radiohead w Vanilla Sky. Akapit był a propos maski: maska nas zmienia, jesteśmy tym, kim nie jesteśmy, więc jeszcze bardziej w masce jesteśmy sobą. Taki mały paradoksik, przed snem, żeby nas męczył. A tłumaczę się, bo czuję pewną niestosowność pisania o sztuce (filmie, literaturze, muzyce) w obliczu zupełnie realnych faktów egzystencji. Sam to sobie od razu tłumaczę, bo wiem, że sztuka to życie, ale o wybaczenie proszę tych, którzy prezentują pogląd zgoła odmienny, na przykład że sztuka to udawanie i bzdura, a tylko życie ma wartość wymierną i dotkliwą. Tyle tytułem wyjaśnienia.
Zwracam honor. Zupka wyglada całkiem apetycznie, ale nie umywa się jednak do takiego tatara na przykład!
piątek, października 24, 2003
A może to moją krew pijesz, wampirze?:) Jam honorowy dawca, choć dawno nie oddawałem, bo nie była w najlepszym gatunku, wiadomo z jakich powodów. Ale może tak szybko się nie psuje, więc ta oddana pół roku temu jeszcze świeża była?
Może to i niestosowne, bo tu życie, tam sztuka, ale przypomniał mi się nie najgorszy film o człowieku w masce: Vanilla Sky. Ja jestem z tych, którzy sztukę traktują poważnie, może zbyt poważnie, więc wybaczcie.
Ludzie w czerni, powiadasz. Ja w okresie studiów zdecydowanie wolałem ludzi w bieli: dominikanów. Poza tym mam szacunek do instytucji, dla której dzieje świata to tylko jeden z rozdziałów studiowanej przez nią Księgi.
Smaczcne było to coś, co upitrasiłeś? (złe słowo, pitrasić można jajecznicę, kiełbasę na cebulce, albo wyżej zorganizowane odmiany jadła, to co Ty uprawiasz, to kulinarna pornografia, której zresztą sam od czasu do czasu z braku tegoż z perwersyjnym upodobaniem się oddaję;))
Może to i niestosowne, bo tu życie, tam sztuka, ale przypomniał mi się nie najgorszy film o człowieku w masce: Vanilla Sky. Ja jestem z tych, którzy sztukę traktują poważnie, może zbyt poważnie, więc wybaczcie.
Ludzie w czerni, powiadasz. Ja w okresie studiów zdecydowanie wolałem ludzi w bieli: dominikanów. Poza tym mam szacunek do instytucji, dla której dzieje świata to tylko jeden z rozdziałów studiowanej przez nią Księgi.
Smaczcne było to coś, co upitrasiłeś? (złe słowo, pitrasić można jajecznicę, kiełbasę na cebulce, albo wyżej zorganizowane odmiany jadła, to co Ty uprawiasz, to kulinarna pornografia, której zresztą sam od czasu do czasu z braku tegoż z perwersyjnym upodobaniem się oddaję;))
poniedziałek, października 20, 2003
Się zrobiło! Jest 50. Kto da mniej? Ale chyba na razie wystarczy, bo archiwizowanie jest miesięczne. Co do Mitoraja, to mam jakieś niejasne skojarzenia z architekturą i rzeźbą III Rzeszy, ale tu jest to jakby oczyszczone, oczyszczone właśnie przez okaleczenie. I już bardzo ludzkie. Rilke napisał "piękno jest tylko przerażenia początkiem", ale piękno potrzaskane już tylko wzrusza, nie przeraża. Przyznam, że taka harmonia post-totalitarna jednak mnie zaniepokoiła.
sobota, października 18, 2003
Maciuś, link działa teraz jak odrzutowiec! Abnuk: co do płyt, to owszem, ale muszę zrobić wpierw rachunek sumienia. I powiem Ci, że czyta nas naprawdę wiele osób (szacowne belferstwo na przykład, które pozdrawiam), a że nie chcą pisać.... Ja może przypomnę wszystkim: każdy może tu pisać, pod warunkiem, że zgłosi taką chęć. Trzeba tylko napisać do naczal'stwa, że się chce. Naczal'stwo zajmie się resztą. Ale jeśli wolicie czytać - uszanujemy to. W tym trudnym związku to my jesteśmy ekshibicjonistami, a Wy podglądaczami, czyż nie?
piątek, października 17, 2003
Abnuku kochany, nie jesteś nerwowy i nie jesteś warszawskim gimnazjalistą, możesz być tego pewnym, a jeśli masz jakieś wątpliwości, to dam Ci to na piśmie;).
Bart, ty przecież już masz bloga! Właśnie na nim jesteś! (postępuję trochę jak redaktorzyna, który nie chce stracić dobrego gryzipiórka). Myślę nawet dać Ci admina, żebyś mógł sobie pogrzebać w wolnych chwilach w grafice. Chcesz? Problem jest tylko tego rodzaju, że nie mamy dostępu do serwera, więc z obrazkami byłby pewien kłopot. Chyba, że będziesz ciągnął grafikę z jakiegoś swojego serwerka. Więc chcesz? A Ty, Abnuk? Wprawdzie gdzie adminów czterech..., ale niech tam, demokracja to demokracja. Admin dla wszystkich!!![?]:)
Bart, ty przecież już masz bloga! Właśnie na nim jesteś! (postępuję trochę jak redaktorzyna, który nie chce stracić dobrego gryzipiórka). Myślę nawet dać Ci admina, żebyś mógł sobie pogrzebać w wolnych chwilach w grafice. Chcesz? Problem jest tylko tego rodzaju, że nie mamy dostępu do serwera, więc z obrazkami byłby pewien kłopot. Chyba, że będziesz ciągnął grafikę z jakiegoś swojego serwerka. Więc chcesz? A Ty, Abnuk? Wprawdzie gdzie adminów czterech..., ale niech tam, demokracja to demokracja. Admin dla wszystkich!!![?]:)
środa, października 15, 2003
Oj, Panowie, tj. dzieci. Podać Wam piwo czy rękawice bokserskie? Coś się taki Abnuku drażliwy zrobił? Mam prawo się odzywać, bo w Twoim poście to ja byłem hero nr one. I nie wywołuj wilka, bo na moje rozeznanie, to Małgorzata właśnie odeszła. Tak zupełnie i nieodwracalnie. Chorowała, to wiedziałem, no ale żeby aż tak, żeby zupełnie zniknąć? Tego się nie robi kotom w pustym mieszkaniu!!!
A poza tym, piszcie sobie ile wlezie! Tylko to po nas zostanie!
A poza tym, piszcie sobie ile wlezie! Tylko to po nas zostanie!
niedziela, października 12, 2003
Wklejam, już wklejam. Dostałem imprimatur, więc czuję się rozgrzeszony. Co do zakończenia: a masz na oku jaką lichwiareczkę?;)
objaśniam: nuand poniższe refleksje przed ogółem ukrył, a ja je upubliczniam!... ale najpierw zapytałem, nie myślcie, że jestem taki odważny. Wszak nawet postronni narodowie znają moc karykaturalnego ołówka nuandy...:)
Do Krakowa, Panowie, do Krakowa!
"No więc od dwóch tygodni jestem w Krakowie i powoli próbuję wsiąknąć w to miasto. Ostatnio odkryłem, że rynek Starego Miasta jest tylko przykrywką, czymś w rodzaju oficjalnej twarzy Krakowa, przynętą na portfele obcych, z których każdy otrzymuje tam namiastkę obcowania z niecodzienną kulturą, wyklętą poezją, awangardową sztuką, życiem studenckim i "klimatem miasta" (cokolwiek to nie jest, często się o tym słyszy). Gówno prawda. Prawdziwy Kraków jest w śródmieściu - na Placu Nowym, na który trafiłem przypadkiem którejś nocy... To jest dopiero atmosfera! Całe tętniące życiem podziemie ukrywające się w kilkunastu kamienicach, na których oko wodzącego wzrokiem po mapie nawet się nie zatrzyma! Lista obecności obejmuje cały przekrój społeczny (przypominam: jest godzina 23): malutkie dzieci bawiące się w kałużach, młodzież odzianą w dresy, pijącą wódkę na pustych straganach, bezrobotnych pijących wódkę na krawężnikach, bezrobotnych próbujących być "robotnymi" dzięki sprzedawaniu kiełbasy z grilla rozstawionego wprost na ulicy, bezrobotnych drących się i bluzgających na dzieci, nie chcące wrócić do domu, straż miejską swobodnie przechadzającą się w tłumie, meneli, dzianych gostków, snobów ubranych w markowe ciuchy, głodnych i obdartych artystów recytujących na głos swoje wiersze albo sprzeczających się na programowe tematy przy piwie, artystów uznanych i burżuazyjnych, cwaniaczków, anarchistów, punków, urzędasów, strażaków, kobiety brzydkie, kobiety piękne i kobiety, które nie zwracają uwagi ani jednym, ani drugim, kolesie w skórach, dresach, togach i garniturach, księży, ludzi w wieku średnim i w jesieni zycia, całe bractwo studenckie rozstawione po knajpach z muzyką jazzową, awangardową, rockową, bluesową, housową, drum&bassową oraz Bóg wie jaką jeszcze, w knajpach w stylu retro, new age, techno, undergroundowym i kilkunastu innych wystrojach... Wszystko to w dymie papierosów ciągnącym z knajp oraz w dymie węgla drzewnego o zapachu kiełbasy, rozchodzącym się z rusztów. Zupełnie jakby w zoo otworzyć klatki. Dookoła głośno i kolorowo jak w karnawale, nikt się nie awanturuje, nikt nie naskakuje na nikogo, wszyscy w zgodzie pomimo różnic. Obcy ludzie podchodzą do siebie, zapraszają się na piwo, rozmawiają, choć nigdy się nie widzieli - po godzinie tam spędzonej pójść na rynek to doświadczenie wprost szokujące. Na rynku ciemno, cicho, sztywno, obcojęzyczno i drogo. Jak sor będzie kiedyś w Krakowie, to wpadniemy do Antidotum. Będziem jak te dwa Raskolnikowy".
objaśniam: nuand poniższe refleksje przed ogółem ukrył, a ja je upubliczniam!... ale najpierw zapytałem, nie myślcie, że jestem taki odważny. Wszak nawet postronni narodowie znają moc karykaturalnego ołówka nuandy...:)
Do Krakowa, Panowie, do Krakowa!
"No więc od dwóch tygodni jestem w Krakowie i powoli próbuję wsiąknąć w to miasto. Ostatnio odkryłem, że rynek Starego Miasta jest tylko przykrywką, czymś w rodzaju oficjalnej twarzy Krakowa, przynętą na portfele obcych, z których każdy otrzymuje tam namiastkę obcowania z niecodzienną kulturą, wyklętą poezją, awangardową sztuką, życiem studenckim i "klimatem miasta" (cokolwiek to nie jest, często się o tym słyszy). Gówno prawda. Prawdziwy Kraków jest w śródmieściu - na Placu Nowym, na który trafiłem przypadkiem którejś nocy... To jest dopiero atmosfera! Całe tętniące życiem podziemie ukrywające się w kilkunastu kamienicach, na których oko wodzącego wzrokiem po mapie nawet się nie zatrzyma! Lista obecności obejmuje cały przekrój społeczny (przypominam: jest godzina 23): malutkie dzieci bawiące się w kałużach, młodzież odzianą w dresy, pijącą wódkę na pustych straganach, bezrobotnych pijących wódkę na krawężnikach, bezrobotnych próbujących być "robotnymi" dzięki sprzedawaniu kiełbasy z grilla rozstawionego wprost na ulicy, bezrobotnych drących się i bluzgających na dzieci, nie chcące wrócić do domu, straż miejską swobodnie przechadzającą się w tłumie, meneli, dzianych gostków, snobów ubranych w markowe ciuchy, głodnych i obdartych artystów recytujących na głos swoje wiersze albo sprzeczających się na programowe tematy przy piwie, artystów uznanych i burżuazyjnych, cwaniaczków, anarchistów, punków, urzędasów, strażaków, kobiety brzydkie, kobiety piękne i kobiety, które nie zwracają uwagi ani jednym, ani drugim, kolesie w skórach, dresach, togach i garniturach, księży, ludzi w wieku średnim i w jesieni zycia, całe bractwo studenckie rozstawione po knajpach z muzyką jazzową, awangardową, rockową, bluesową, housową, drum&bassową oraz Bóg wie jaką jeszcze, w knajpach w stylu retro, new age, techno, undergroundowym i kilkunastu innych wystrojach... Wszystko to w dymie papierosów ciągnącym z knajp oraz w dymie węgla drzewnego o zapachu kiełbasy, rozchodzącym się z rusztów. Zupełnie jakby w zoo otworzyć klatki. Dookoła głośno i kolorowo jak w karnawale, nikt się nie awanturuje, nikt nie naskakuje na nikogo, wszyscy w zgodzie pomimo różnic. Obcy ludzie podchodzą do siebie, zapraszają się na piwo, rozmawiają, choć nigdy się nie widzieli - po godzinie tam spędzonej pójść na rynek to doświadczenie wprost szokujące. Na rynku ciemno, cicho, sztywno, obcojęzyczno i drogo. Jak sor będzie kiedyś w Krakowie, to wpadniemy do Antidotum. Będziem jak te dwa Raskolnikowy".
poniedziałek, października 06, 2003
Wahadło mojej aktywności znalazło się właśnie w pozycji: "czytaj". Dlatego wybaczcie wszyscy, którzy czekają na "pisz". Ale "czytaj" nie wyklucza "wklejaj". Poniższego dość upiornego powitania nie powinni czytać Ci, którzy w najbliższym czasie planują poczęcie/powicie potomka. Nad tymi, którzy mają to (poczęcie/powicie/przybycie) już za sobą, niech się zlitują bogowie.
Josif Brodski
Pieśń na powitanie
Oto twój tato z mamą. Rodzina.
Krew z krwi, kość z kości. Nie twoja wina.
Co, smętna mina?
Oto masz jadło, oto napoje.
Oto refleksje i niepokoje.
Wszystko to - twoje.
Oto twój rejestr. Nic tym rejestrze
Na razie nie ma, prócz: "No, jest wreszcie".
Bierz go i ciesz się.
Oto zarobki, oto koszt życia.
Znikoma między nimi różnica.
W tym tajemnica.
Oto ul, w którym rój pięciu (ponad)
Miliardów żywych tak jak ty gonad
Ma swój pensjonat.
Oto jest książka telefoniczna.
Tajny cel demokracji to liczba.
Prymat w niej kicz ma.
Oto ślub (najpierw) i rozwód (potem)
Jedyna w świecie rzecz stała to ten
szyk. Inne - potęp.
Oto żyletka, oto twój przegub.
Uderz terrorem w pierwszego z brzegu:
Siebie samego.
Oto w lusterku blask dentystyczny.
Oto sny twoje o ośmiornicy.
Dlaczego krzyczysz?
Oto masz ekran telewizora.
Przed chwilą twój kandydat w wyborach
Przegrał, nieborak.
Oto weranda. Czytaj tygodnik,
Patrz, jak twój jamnik, bezczelny szkodnik,
Obsrywa chodnik.
Oto herbatka, w której zapłonął
Odblask żarówki łzą zasuszoną.
To - nieskończoność.
Oto pigułki w fiolce. Migrena
Po wywołaniu kliszy rentgena.
Następna scena:
Cmentarz, trawniki jego zadbane.
Przejedź się jeszcze raz karawanem,
Nim zabrzmi "amen".
Oto testament i spadkobiercy.
Oto świat, żywszy i przestronniejszy
Po twojej śmierci.
A oto gwiazdy. Lśnią z dawną siłą,
jak gdyby ciebie nigdy nie było.
Może tak było?
Oto pośmiertny byt, w którym nie ma
Ni śladu ciebie. Twego istnienia
Brak w tych przestrzeniach.
Witaj w ich mroku, gdzie gaśnie tchnienie,
Gdzie zastępuje jasne zbawienie
Saturna wieniec.
Josif Brodski
Pieśń na powitanie
Oto twój tato z mamą. Rodzina.
Krew z krwi, kość z kości. Nie twoja wina.
Co, smętna mina?
Oto masz jadło, oto napoje.
Oto refleksje i niepokoje.
Wszystko to - twoje.
Oto twój rejestr. Nic tym rejestrze
Na razie nie ma, prócz: "No, jest wreszcie".
Bierz go i ciesz się.
Oto zarobki, oto koszt życia.
Znikoma między nimi różnica.
W tym tajemnica.
Oto ul, w którym rój pięciu (ponad)
Miliardów żywych tak jak ty gonad
Ma swój pensjonat.
Oto jest książka telefoniczna.
Tajny cel demokracji to liczba.
Prymat w niej kicz ma.
Oto ślub (najpierw) i rozwód (potem)
Jedyna w świecie rzecz stała to ten
szyk. Inne - potęp.
Oto żyletka, oto twój przegub.
Uderz terrorem w pierwszego z brzegu:
Siebie samego.
Oto w lusterku blask dentystyczny.
Oto sny twoje o ośmiornicy.
Dlaczego krzyczysz?
Oto masz ekran telewizora.
Przed chwilą twój kandydat w wyborach
Przegrał, nieborak.
Oto weranda. Czytaj tygodnik,
Patrz, jak twój jamnik, bezczelny szkodnik,
Obsrywa chodnik.
Oto herbatka, w której zapłonął
Odblask żarówki łzą zasuszoną.
To - nieskończoność.
Oto pigułki w fiolce. Migrena
Po wywołaniu kliszy rentgena.
Następna scena:
Cmentarz, trawniki jego zadbane.
Przejedź się jeszcze raz karawanem,
Nim zabrzmi "amen".
Oto testament i spadkobiercy.
Oto świat, żywszy i przestronniejszy
Po twojej śmierci.
A oto gwiazdy. Lśnią z dawną siłą,
jak gdyby ciebie nigdy nie było.
Może tak było?
Oto pośmiertny byt, w którym nie ma
Ni śladu ciebie. Twego istnienia
Brak w tych przestrzeniach.
Witaj w ich mroku, gdzie gaśnie tchnienie,
Gdzie zastępuje jasne zbawienie
Saturna wieniec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
